W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Anity, Elizy, Mirona , 17 sierpnia 2018

Kolejny raz przekonałam się, że Miasto leży na krańcach świata

2018-05-12

Pognało mnie do miasta z koziołkami do teatru. A potem, kiedy rozpoczęłam procedurę powrotu, przeżyłam coś na kształt armagedonu.

Właściwie to wcale nie powinnam wyjeżdżać, bo już wiedziałam, że we Wronkach dokonała się tragedia pod tytułem – pociąg się wykoleił. Ale bilet do teatru już był, na scenicznych deskach opowieść o Ukochanym Władcy w wykonaniu jednego z najlepszych polskich aktorów. Pomyślałam, źle nie będzie. Nie raz i nie dwa koczowałam po kilka godzin na różnych dworcach.

I jak pomyślałam, tak zrobiłam. W teatrze – zachwyt, absolutny zachwyt i przypomnienie sobie, że koziołkowy Polski mniejszy jednak od Osterwy jest. A potem już dworzec PKP, co to jest koszmarną pomyłką, fanaberią chorego architekta. I to nie jest tylko moje zdanie.

No i zaczął się koszmar. Każdy pociąg opóźniony minimum 100 minut. Pani w okienku na tekst, że chcę do miasta nad trzema rzekami, zaczęła dzwonić w różne miejsca, a efekt był taki – nie umiem pani powiedzieć, jak ostatecznie pani pojedzie.

Koszmar się kumulował i kumulował, pociągi osiągały spóźnienia do 300 minut, no jak za głębokiej komuny.

Koniec końców był taki, że jechałam przez Zbąszynek, Rzepin i Kostrzyn, aby ostatecznie po ośmiu godzinach wylądować w Mieście. Po drodze nie udało mnie się wysiąść z pociągu w Zbąszynku, bo się zwyczajnie nie zatrzymał, choć miał. Prawie wysiadłam w Rzepinie, bo przemiły pan konduktor nie wiedział, czy pociąg stanie w „Kostrzyniu”…, bo jak nie stanie, to czekała mnie podróż do Szczecina.

Nie po raz pierwszy przekonałam się, że PKP i jej milion spółek i spółeczek to jakiś koszmarny koszmar bez ładu i składu. Po raz nie wiadomo który odczułam na własnej skórze, że miasto na siedmiu wzgórzach to …. peryferia peryferiów. Nie dość, że zwykle trudno dojechać, to jak tylko coś się wydarzy, dojechać zupełnie nie sposób.

I takim to oto sposobem przyjemna w założeniu wycieczka stała się z lekka koszmarem, ale z dużą dozą sarkastycznego humoru. Bo kolejny raz – powtórzę – udowodniłam sobie, że miasto to dziura i kurnik odcięty od cywilizowanego świata.