W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Antonii, Ignacego, Wiktora , 17 października 2018

Kanonada na zakończenie Dni Gorzowa

2018-06-12

O północy z niedzieli na poniedziałek obudziła mnie kanonada. A potem szczekanie psów mieszkających po sąsiedzku. No tego to się zwyczajnie nie spodziewałam.

Nie lubię miejskich i wiejskich festynów bez wyrazu. Choć Bogiem a prawdą muszę przyznać, że znam kilka, które są festynami, ale mają całkiem fajną temperaturę i lokalny pazur. Święto Miasta akurat tego nie ma, ale co zrobić. Było i już. Jakoś mi dolegliwie nie przeszkadzało, choć sąsiedzi na balkonie słuchali muzyki, bo z nabrzeża Warty całkiem nieźle było ową muzykę słychać. Stwierdzili, moim zdaniem całkiem słusznie, że po co leźć w tłum, skoro na własnym balkonie i tak słychać, a jest chłodniej i jakoś tak przyjemniej.

No i było dobrze, aż do zakończenia. Czyli do północy. Bo jak już powiedziałam, obudziły mnie fajerwerki. Inna rzecz, że ja ich nie lubię, bo uważam, że to pieniądze wyrzucone w kosmos, które można byłoby lepiej spożytkować. Inna rzecz, że jestem za laserowymi pokazami, które nie dość, że są mniej kosztowne, mniej inwazyjne dla środowiska, to jeszcze mogą być i są pięć albo i dziesięć razy ciekawsze niż owe fajerwerki.

Poszły ognie sztuczne w niebo. A ja zżymałam się w duchu, bo to zwyczajnie głupi pomysł był. Nie dość, że fajerwerki pobudziły całkiem sporą część mieszkańców, ich małe dzieci i ich zwierzęta, to jeszcze przestraszyły dziką przyrodę. Nie powiem głośno, co usłyszałam wczoraj w różnych miejscach i od różnych ludzi. Nie było ani jednego głosu zachwytu. Wszyscy, z którymi rozmawiałam, albo ich słuchałam, mówili jedno – fajerwerki o północy, jak już muszą być, to w sylwestra, tylko w tę noc. Tylko w tę noc (choć ja jak raz jestem też innego zdania). Jeden głos przytomnie przypomniał, że jeszcze niech będzie zimowe Światełko do Nieba WOŚP, ale ono też jest o racjonalnej godzinie, czyli zawsze o 20.00.

Zwyczajnie niedobry był to pomysł, żeby budzić jednak wielu ludzi. Wielu z nich potem miało problemy, żeby dzieci uspokoić, własne psy także. Mnie też trochę czasu zajęło, żeby znów zasnąć. Zwyczajnie nie robi się takich rzeczy. Dlatego na przyszłość, jeśli Dni Miasta mają tak wyglądać, jak wyglądały, to może jednak warto się zastanowić nad pewną ich modyfikacją. Mam na myśli owe jak dla mnie feralne sztuczne ognie oraz mały akcent na to, co z miastem związane jest. Pomijam to, co w moim ujęciu było ciekawe. Bo trochę rzeczy było ciekawych. Ale zginęły w zalewie festynowej, którą oglądać można wszędzie i zawsze, a od której ja uciekam z okrzykami grozy.

No i jeszcze jedna rzecz. Niech się wali, niech się pali, niech pioruny biją, niech Etna wybucha, niech Shinkansen się spóźni o godzinę lub o minutę, niech w jednym czasie będą się działy wszystkie mistrzostwa galaktyki, świata i przyległości we wszystkich dziedzinach sportowych, niech niebo zamarznie, niech Morze Czerwone kolejny raz się rozstąpi, niech wszyscy królowie, królowe, książęta i księżniczki zapragną spotkać się na ogólnoświatowym zlocie, niech cały atrament we wszystkich kałamarzach świata wyschnie, to nie wolno, zwyczajnie nie wolno zmieniać daty święta miasta.

Miasto owo jako jedno z naprawdę niewielu ma dokładną datę dzienną lokacji. Przypominam, to 2 lipca 1257 roku, trochę później niż stołeczne miasto Smoka i Wandy, co nie chciała Niemca. To data kanoniczna w dziejach, tak jak urodziny każdego z nas. I nic, zupełnie nic nie usprawiedliwia przenosin święta od zawsze związanego z urodzinami na inny termin. Zupełnie do mnie nie trafia argumentacja, że Mistrzostwa chyba Świata w piłce kopanej. I cóż, że mistrzostwa, i cóż. Jak kto chciałby pójść nad Wartę, a jakby co fajnego z okazji urodzin się działo, to by poszedł. Dla mnie kolizji żadnej nie było. I cały czas nie ma. Śmieszy mnie argumentacja, że wszyscy będziemy przylepieni do telepatrzydeł, bo Duma Narodowa kopie piłkę. Otóż nie wszyscy, bo jednak nie wszyscy jesteśmy zainteresowani wyczynami Dumy Narodowej.

Święto Miasta, dni urodzinowe, te szczególne, winny być obchodzone właśnie w okolicach 2 lipca. Ja nie jestem z tego miasta, a tak mam. A gdzie są ci wszyscy, którzy mnie oczy wykuwają, że właśnie nie stąd jestem i nie powinnam pisać? No gdzie? Bo na razie nie widzę ani pół głosu, który z miłości wszechogromnej do tego miasta miałby podobne zdanie. Podobne, znaczy świętować należy 2 lipca każdego roku. Wszyscy będą oglądać wyczyny Dumy Narodowej? Naprawdę? No cóż. I tylko dodam, że ja nigdy nie deklarowałam miłości do tego miasta. A tylko szacunek do historii, ciekawej mocno i intrygującej miejsca, w którym mi przyszło żyć. To tak na zaś ale potem, jak mówią w grodzie Kaczmarków. Szacunek i zrozumienie. Bo bredzenie o miłości to jakoś mnie się mocno przejadło.

A teraz smutek. To była niedobra informacja na otwarcie dnia. Na Niebieską Scenę przeniósł się pan Roman Kłosowski. Miał 89 lat, był niemal całkowicie niewidomy. Miałam to szczęście, że dzięki Janowi Tomaszewiczowi, dyrektorowi Osterwy, poznałam pana Romana. Kilka lat temu to było, kiedy Roman Kłosowski był już wiekowym człowiekiem, ale aktorem głodnym sceny. I dyrekcja – jak o Janie Tomaszewiczu mówię,  zaprosiła wielkiego aktora mikrego wzrostu do teatru. I Roman Kłosowski zagrał, i to jak zagrał wiele ról. Mam na myśli przede wszystkim Horodniczego w „Rewizorze” Mikołaja Gogola, ale i kilka innych wielkich ról. Pamiętam, jak z panem Romanem Kłosowskim umówiłam się na rozmowę. Czas miał pokazać, co z tego wyjdzie. Wiedziałam, że już prawie nic nie widzi. Ludzie od techniki w Osterwie tak plan ustawiali, żeby panu Romkowi, jak o nim mówili, było dobrze. Spotkałam się z Romanem Kłosowskim. I powiem tak, przecudne spotkanie to było. A potem, jak już się gdzieś tam spotykaliśmy, to pan Roman Kłosowski mówił – pani Renato, po głosie słyszę, że pani jest. Ja mam daleki, mocno daleki dystans do frazy pani Renato. Bo ja ani pani, ani żadna pani nie jestem. Ale w tym przypadku miło mi i zaszczytnie było, że znakomity aktor zapamiętał timbre głosu.

Janowi Tomaszewiczowi, dyrektorowi Teatru im. Juliusza Osterwy w Mieście winna do końca wdzięczność będę. Za to, co zrobił dla Osterwy, za to, co zrobił i robi dla aktorów takich, jak pan Roman – dyrekcja wie i rozumie. Jestem uwiązana do Teatru. I za to, że Jan Tomaszewicz to rozumie, dzięki.

Panie dyrektorze, za te jasne chwile w ciemności pana Romana, za chęć i siłę i inne rzeczy. Szacunek. Pan Roman Kłosowski to samo mówił. Trzeba pamiętać, Roman Kłosowski ostatnie chwile w życiu aktorskim spędził tu, w tym Mieście. Ja zapamiętam. Mały, wielki aktor. Niesłusznie zapamiętany jako ten okropny Maliniak. Dla mnie to ten Horodniczy, który Gogolowską frazą pyta i drwi jednocześnie – Z czego się śmiejecie? Sami z siebie. Teatr jest wieczny. A Roman Kłosowski w tej roli tylko to potwierdził. Tylko ja i Tomaszewicz Jan słyszeliśmy wówczas, na tej premierze, frazę – Z czego durnie się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie. Kłosowski to powiedział, zagrał, Gogol napisał. No cóż. Wielki Gogol. Wielki Horodniczy…

A teraz na Niebieskiej Teatralnej Łące siedzi i patrzy, co my tu panie Dziejku wyczyniamy.

Coś. Ale pamiętać będziemy. I nie Maliniaka. Ale Horodniczego, który rzucił nam na twarz – z czego durnie się śmiejecie? Z samych się śmiejecie. Gogol napisał, Kłosowski to zagrał i powiedział. A potem były danse i poloneze, bo ktoś się obraził. Ale jak pisze wielki dramaturg, a gra znakomity aktor, gra tekst z XIX wieku i robi to tak przekonująco, to co się obrażać. Dziękować tylko, że dane było w Mieście średniej wielkości na teatralnej scenie widzieć świetnego aktora, który Gogolowską frazę tak pięknie podał. Nic prawie nie wówczas nie widział. Bogi moje…

Dobrego na Niebieskiej Łące panie Romanie, dobrego. Dobrego na Niebieskiej aktorskiej… Trochę tanm na pana czekało ludzi… Wielu. My pamiętać będziemy