W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Arkadii, Krystyna, Stanisławy , 13 listopada 2018

Niekoniecznie dobre głosy dochodzą od tutejszych

2018-07-04

Z wielkim zaniepokojeniem odebrałam informację, iż jeden z ciekawszych ludzi biznesu w mieście zamyka swój biznes. A potem jeszcze posłuchałam innych, którzy mocarnie narzekają na sztandarową inwestycję w mieście.

Jakoś tak mam, że przez te lata mieszkania w mieście i gadania z ludźmi różnymi, trochę ich znam. Zawsze sobie ceniłam te znajomości, bo to zwykle ciekawi ludzie, którzy – raz robią biznes dla siebie, co jest oczywiste i tylko godne polecenia oraz naśladowania, a dwa – niekiedy włączają się w życie miasta, czasem kraju, kiedy potrzeba jest.

No i właśnie się dowiedziałam, że jeden z moich przemiłych znajomych zamyka swój biznes. To całkiem spory sklep, całkiem interesujący na obrzeżach remontowanej ponoć ulicy Sikorskiego. Całkiem spory sklep, z dobrymi cenami, a jednak będzie likwidowany. Bo ten remont całkiem odciął klientów. Zamknięta najważniejsza ulica, zamknięta bez dojazdów, bez niczego sprawiła, że już biznesu się prowadzić nie opłaca. Bolesne to jest bardzo. Remont – pozorowane działania remontowe – bo tak to należy nazwać – sprawiły, że lokalne biznesy się zwijają. A przecież nie tak to miało być. Miało być tak, że dbamy o lokalny biznes, o lokalnych przedsiębiorców.

Okazało się, że jednak nie. Lokalny nam ginie, a szkoda bardzo. Pomyślałam więc tak, że zapytałam i paru innych. Lokalnych. I co usłyszałam…. Że ledwo dychają, bo centrum miasta jakiś czas temu zaczęło umierać. Dziwne to nie jest. To trend zauważalny wszędzie, a zwłaszcza w takich miastach jak to nad trzema rzekami. Centra się wyludniają. Ale do centrów jednak się czasami zagląda. Pod warunkiem, że można dojechać. A u nas nie można dojechać, więc lokalni ledwie dychają. Ledwie. I mają nadzieję, że się trochę zmieni, kiedy ten remont się skończy. Ale też usłyszałam, że nawet jak się skończy, to ludzie tu nie wrócą, bo i po co. Najsmutniejsza diagnoza miasta.

Szkoda, że miasto, planując remont, jednak nie pomyślało właśnie o tych ludziach. Małych wielkich biznesmenach. Szkoda. I powiem kolejny raz, jak myślę o planowanym deptaku, to widzę pustą przestrzeń bez ludzi, bo po co ci ludzie mieliby tu przyjść. Tam nie ma nic i nie ma też żadnych sensownych wskaźników, aby coś powstało. No cóż.

I z drugiego kątka. Weszła w życie uchwała Rady Miasta, że na bulwarach można się raczyć alkoholem. Można się napić piwa, ale można na bulwarze nad Warcią. W godzinach późnowieczornych i nocnych. I co? I nic. Nie ma ekscesów, nie ma scen nieobyczjanych, nie ma godzenia w porządek publiczny. Sama sobie oto polazłam wieczorkiem na bulwar. Zasiadłam sobie oto w pewnej niszy. Przyniosłam sobie dobrą herbatę w termosie moim niewielkim, bo kubek termiczny został w Lubece niestety. I patrzyłam, co się dzieje. Mam na myśli ekscesy. Siedziałam długo. Czekałam, na wydarzenia. I co się wydarzyło? Ano nic. Piłam herbatę, a ekscesów nie było. Choć na nie czekałam. Wniosek – raczej kilka. Nikomu nic nie przeszkadza zgoda na to, aby się piwa napić na bulwarze poza restauracjami. Nikt raczej się nie awanturuje, bo i po co. Gorzów to nie Wawa albo Kraków. Nie grozi nam przypływ turystów z GB, którzy nieobyczajnie wszędzie się zachowują. Oczywiście nie jestem za propagowaniem złych nawyków, ale ten krok oceniam jako dobry. Bo naprawdę nikomu nic nie powinno szkodzić, że ktoś kusztyczek nad Warcią wychyli. Jeśli jednak do scen nieobyczajnych dojdzie, to pierwsza będę, aby zmiany w prawie lokalnym zmienić.

Ps. Dziś 4 lipca, święto niepodległości USA. Dzień święty. Tam się zatrzymuje czas. Parady się odbywają, wszyscy świętują to, że żyją w wolnym kraju przywiązanym żelaznymi więzami do własnej Konstytucji, do zasad stanowionych przez Sądy. Wolny tam u nich dzień od pracy. A dla mnie też ważna data. Jak lata temu chciałam pojechać do USA, to stałam w kolejce do konsulatu USA w Poznaniu po wizę. Dokładnie 3 lipca to było. Dostałam. Dziwne, bo nie powinnam. Potem świętowałam to, że mogę do USA jechać. Pojechałam. I dlatego do końca mego życia będę walczyć o wolność, demokrację, wolne myślenie, wolne spojrzenie na całość. Stanie w tej kolejce w Poznaniu nauczyło mnie jednej rzeczy. Można się w złoto i purpurę ubrać, ale i tak fałsz zawsze fałszem zostanie. Dodam. 160 ludzi w kolejce po wizę wówczas stało. Ja miałam 154 numer. Siedem wiz wówczas wydano, w tym mnie, nie w złoto i purpurę ubranych, ale w fioletową koszulkę, spodnie z lnu i chodaki drewniane. Wszystkiego naj USA, wszystkiego naj ...