W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Alfreny, Rufina, Wincentego , 19 lipca 2018

Szymonowi znów ktoś ukradł fajerkę

2018-07-09

To jakaś ponura komedia jest. Jedna z najbardziej znanych rzeźbek w mieście znów okradziona. Ludzie z Polski jadą, żeby „Krasnala”, jak go nazywają, zobaczyć, a Szymon znów ma rękę wyciągniętą w dziwnym, dramatycznym zgoła geście.

Jakiś czas temu ktoś z Polski, z pewnego biura, poprosił mnie o konsultację. Chodziło o to, jak ułożyć trasę wycieczki po mieście tak, aby zobaczyć rzeźby metalowe. Furda tam wszystkie, chodziło dokładnie o tę jedną. Ktoś w Internecie zobaczył, przeczytał, pokazał organizatorowi, ten się zachwycił i dawaj do Miasta jechać, żeby Szymona zobaczyć (na krótką chwilkę wycieczka miała wjechać do Miasta, bo po drodze gdzieś indziej było). Nie chciano oglądać Adama Mickiewicza z nieproporcjonalnymi rękami, nie stadion żużlowy, drugi w kraju po stadionie w mieście z piernikami, nie piękne pofabrykanckie wille, nie kirkut, nie inne rzeczy, ale właśnie Szymona. Pomyślałam, przeszłam się po mieście, podesłałam moją trasę i potem dzięki dostałam.

No i znów mnie zawiało do Szymona. I zwyczajnie nie uwierzyłam, że znów to się stało, że znów jakiś durny drań, bo inaczej nazwać tego nie umiem, ukradł Szymonowi fajerkę. Taż ona aluminiowa była, bo fundatorzy jakiś czas temu pomyśleli, że jak taką znów zamontują, to może nikomu się ona na nic nie nada. Nie pierwszy bowiem raz ukradziono Szymonowi fajerkę. Jego podstawowy atrybut, bo nie jest żadną tajemnicą, że był mistrzem świata i okolic oraz całej galaktyki w toczeniu fajerki właśnie.

Stałam przy Szymonie dłużą chwilkę. Co mnie się w mózgu rodziło, zwyczajnie nie nadaje się do cytowania w przyzwoitym i poważanym portalu. Tym bardziej, że ja zwyczajnie nie klnę, nie używam kuchennej łaciny. A jakby kto w moją głowę zajrzał…., oj w tym konkretnym przypadku to lepiej nie.

Od jakiegoś czasu piszę o tym, że miastowi w Mieście mają jakąś szczególną predylekcję do tego, aby ich nazywać zapóźnionymi w cywilizacyjnym rozwoju. Bo niszczą wszystko, co jest dla nich za trudne. Przykłady – mnogo ich. Podam dwa. Zresztą cytowane przeze mnie już wiele razy. Schody ruchome na Manhattanie i zieleń na niegdyś Szlaku Królewskim. Schody maksymalnie zdewastowane, zieleń takowoż. I właśnie w taką poetykę wpisuje się ten, co to kolejny raz zniszczył rzeźbę Szymona. Zniszczył, bo nie okradł. Zniszczył ten ktoś rzeźbę, bo po co ona ma być w komplecie. No po co? Przecież takiemu wandalowi ładne lub techniczne rzeczy przeszkadzają. Polny dukt, trochę łąki, jakieś rachityczne drzewko i dużo, dużo alkoholu lub jakiś dopalacz jest potrzebny. Wszak po trzeźwemu takich rzeczy się nie robi.

Znany mecenas, zresztą fundator między innymi tej rzeźby, nazwał onegdaj Miastowych pierwszym pokoleniem siedzącym na sedesie. Oburzyli się wówczas wszyscy. Bo jak to, jak to obrażać Miastowych, dumnych i bladych mieszkańców cudnego miasta tego? No jak tak można? Jak można? Ja też wówczas trochę polemizowałam, ale teraz, kiedy patrzę na to, co się wyczynia, to zwyczajnie zaczynam się zgadzać z Mecenasem. Bo tak to wygląda.

No cóż. Może część mieszkańców się oburzy na taką ocenę, powie, że to nie oni. I będą mieli rację. Ale jednak gesty niszczące świadczą coś innego. I zrozumiem, kiedy Fundatorzy powiedzą basta. Dalej już nie naprawiamy. Zostanie nam Szymon Gięty z dramatycznie wyciągniętą dłonią. A mamy dzieciom będą musiały objaśniać, czemu akurat tak Szymon wygląda. Bo właśnie onegdaj widziałam taką mamę. Biedna wiła się w tłumaczeniach. Szczęściem dziecko starsze stwierdziło, że laski Szymonowej musi dotknąć, bo koledzy w szkole mówili, że to szczęście przynosi. Skończyło się dobrze.

No i ja już wiem, że nikomu w najbliższym czasie nie pokażę rzeźby Szymona, bo muszę sobie w głowie ułożyć legendę, dlaczego najbardziej barwna postać z tamtych czasów ma rękę tak a nie inaczej wyciągniętą. Bo jak tu ludziom opowiadać o mistrzu świata, galaktyki i wszystkiego w toczeniu fajerki bez fajerki. A tym draniom, co ją ukradli, tę fajerkę znaczy  – a udławcie się tymi groszami, które być może zarobiliście za jej sprzedaż. A jak tylko dla przyjemności niszczenia to zrobiliście, to niech was wszystkie komary świata, pluskwy, wszy i inne gryzące dopadną. Leczenie jest bolesne i długo trwa. A jak się już leczyć, wy wandale, zaczniecie, to niech was umieszczą w ośrodku bez Internetu. Może wówczas do książek zajrzycie i się przekonacie, na czym wasza głupota i wandalizm polega. Oczywiście, jeśli umiecie czytać. Tego wam życzę.

I jeszcze miało być o czymś przyjemnym, ale wcale nie mam ochoty o przyjemnym pisać, kiedy mnie szlag jaśnisty przez durnych wandali trzęsie. O przyjemnym napiszę innym razem.

Ps. Obejrzałam sobie w Necie filmik reklamowy o Winnym Grodzie. Wow, bajka po prawdzie. W sieci społecznościowej pojawiły się głosy, że może i u nas. Może i o nas. Jeden tylko przytomny głos zauważył, że może lepiej nie. Bajkę można zrobić ze wszystkiego. A jak kto znęcony bajką tu przyjedzie i zobaczy w istocie ten kurnik, jakim miasto się stało, to antyreklamy większej nam uczyni. Takiej, że czerwienić ze wstydu wszyscy się będziemy długo. I to prawda. Owa ukradziona fajerka Szymona jest tego najlepszym dowodem.

Ps. 2. Znikam na dłuższą chwilkę z miasta. Wywiewa mnie stąd tam, gdzie odrobinę chłodniej jest. A ponieważ ostatnio poparzyło mnie słońce, choć słońca unikam, jak tylko mogę, więc mam nadzieję, że trochę zobaczę, trochę się pogapię, a potem wszystko, jak Bóg przykazał (obojętnie jaki, jeśli jakowyś w ogóle jest) opiszę. Znikanie z miasta polega też i na tym, że złośliwców nie będzie przez jakiś czas. Czasem sobie trzeba dać odpoczynek. Ja muszę od słońca i blasku, ktoś tam od złośliwców pani Ochwat. Kanikuła, co panie zrobić. Kanikuła.