W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Antonii, Ignacego, Wiktora , 17 października 2018

Jakoś tak ostatnio zaczęłam się trochę bać

2018-08-06

Przez wszystkie lata, kiedy tu na Nowym Mieście mieszkam, zawsze mówiłam, że to dobra miejscówka. Dalej to mówię, ale ostatnio coś się z lekka mniej optymistycznie.

Mieszkam na Nowym Mieście, w najfajniejszej dzielnicy miasta bez dzielnic, już 18 lat, dwa miesiące i sześć dni. Łatwo policzyć, bo zamieszkałam tu dokładnie 1 maja 2000 roku. Od samego początku tu mieszkania obalałam dziwne mity i nieprawdy dotyczące tego akurat zakątka. A były one takie – stara i zniszczona dzielnica, tylko menelstwo tu mieszka, kradną i oszukują, te podwórka to jakaś straszliwa patologia, i tak dalej, i tak dalej…

Wszystkie te opowieści, to tylko opowieści. Bo jak ja tu zamieszkałam, to te wszystkie opowieści okazały się jakimś dziwnym zbiorem bzdur. Bo nic złego tu się nie działo. Takiego spektakularnego. Owszem, jak mieszkają w jednym miejscu ludzie różni, to i różne rzeczy mogą się dziać. Taka prawidłowość tkanki miejskiej. Nigdzie bowiem nie mieszkają aniołowie tylko lub same diabły tylko. Mam to szczęście, że mam genialnych sąsiadów, na których zawsze można liczyć. I to jest ta niezbywalna wartość, wartość, której każdemu życzę, kiedy się mieszka w kamienicy albo bloku. Nie chcę kadzić, ale nawet kierownictwo ADM jest zwyczajnie świetne. Trafiłam tu trochę przez przypadek, ale jak się okazało, przypadek był nadzwyczaj dla mnie trafny. No niemal raj.

A dlaczego ostatnio we własnej dzielnicy, na własnej ulicy zaczęłam się bać? Bo za ostatnie dni, za ostatnie tygodnie coś się złego tu dzieje. Bo nagle ja i nie tylko ja zauważyliśmy dziwne zachowania ludzi. Młodych – zwykle facetów. Ktoś szedł wężykiem po ulicy. Ktoś spał lub zwyczajnie leżał na chodniku blisko mego domu. Ktoś wył w bramie tuż po sąsiedzku. Długo wył. Ktoś jeszcze inny zaczepiał idące chodnikiem kobiety. Ktoś kolejny inny nagle wytacza się na ulicę i ryczy – ja was wszystkich, k…, pozabijam.

Nagle tych ktosi zrobiło się całkiem sporo. Ja się generalnie nie boję takich zachowań. Znam zasadę – odejdź, odejdź na bezpieczną odległość, zadzwoń na 112 – pomogą. Ale skoro nagle tych dziwnych zachowań zrobiło się na tyle dużo, że i sąsiedzi mówią – uważaj, to znaczy, że trzeba się bać.

Powiem otwartym tekstem. Zwyczajnie się boję, że znów na Nowym Mieście zaczęły rządzić dopalacze. To straszliwe coś, co niesie śmierć. Ludzie, których znów od niedawna spotykam w pobliżu mego domu, wyglądają tak, jak po narkotykach, dopalaczach wręcz. Są niebezpieczni. Bo zaczepiają, a jak zwrócić uwagę, są napastliwi. Groźni. Bo nie bardzo wiadomo, co zrobią. Dlatego się zwyczajnie boję. Nie ja jedna. Nigdy nie lubiłam filmów z zombie… A ci niebezpieczni ludzie właśnie tak wyglądają i tak się zachowują, jak zombie.

Kogo za ten stan winić? Nikogo. Bzdurą wielką byłoby miasto. Podobnie jak i ten kulawy rząd. Ktoś powie, miasto winno odpowiadać za bezpieczeństwo. Policja także. Owszem tak. Za klasyczne przestępstwa. Za ludzi, którzy ćpają, eksperymentują z dopalaczami absolutnie nie. Bo niby jak? Co może magistrat w tej materii zrobić? Może wysłać Straż Miejską, zawiadomić policję, i to robi. I za to wdzięczna jestem. Co może więcej? Nic. Co my możemy? Też niewiele. W każdym razie coś tam zmierzamy… Uda się? Nie uda? Zobaczymy. Coś zamierzamy.

Zwyczajnie my z Nowego Miasta nie chcemy, aby nam znów przypięto trudno usuwalną łatkę dzielnicy w mieście bez dzielnic, która mówi – zła i niebezpieczna to miejscówka jest. Bo nie jest.

I z drugiego kątka. Miły znajomy, który myśli o mnie per histeryczka, poinformował mnie, że znów się szykuje hekatomba drzew, starych, dorosłych. Pod topór, bo inaczej nie potrafię myśleć, mają iść stare drzewa na ulicy Pomorskiej. Ponoć już jest wszystko uzgodnione. Harvestery już tylko czekają na sygnał. Wycinka ma się zacząć lada moment, lada już.

Powiem więc otwartym tekstem. Nie wierzę, że obecny szeryf to robi i na to pozwala. Nie chce mnie się wierzyć, że obecny szeryf tak bez sensu wycina zieleń. Jeśli to ma być prawda, że pod topór idą stare i w dobrej kondycji drzewa, to ja nie lubię i nie cenię szeryfa.

Ps. Dziś cały świat artystyczny, oj tam artystyczny, cały wywrotowy świętuje 90. urodziny Andy Warhola, wybitnego artysty. Biała fryzura, puszka zupy pomidorowej Campbella, Marylin Monroe, dziesiątki innych działań, które wywróciły na nice całą dotychczas sztukę. Andy – ten bardzo dziwny człowiek położył się długim cieniem na tym, co można i nie można w sztuce. Według niego, można wszystko. Też tak myślę. Dziś 90. obchodziłby facet, który na zawsze zmienił tory myślenia o sztuce. W mieście trochę ludzi jest, którzy idą jego drogą. Ja w każdym razie wodą z miętą i cytryną upamiętnię Andy Warhola. A w domu własnym popatrzę na focie ze Słowacji… On z tamtąd, ja tam pojechałam, żeby zobaczyć.