W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Franciszka, Kazimiery, Ruty , 21 sierpnia 2018

Odeszła Karin Wolff, której Kaziu Furman niańczył koty

2018-08-07

Wczoraj się dowiedziałam, że odeszła Karin Wolff. Znałam ją bardzo długo, podobnie jak wielu z nas związanych z literaturą i kulturą romską. To była niedobra informacja.

Karin Wolff poznałam przy okazji jakiegoś Romane Dyvesa. To było niezwykłe spotkanie. Bo Karin, jak to miała w zwyczaju, najpierw na mnie naburczała. Nie znałam jej wówczas i pamiętam, że nie bardzo zrozumiałam, dlaczego ta wyniosła Niemka tak się zachowuje. Potem mijały lata, spotykałyśmy się albo w Polsce, albo we Frankfurcie, gdzie do końca życia mieszkała. Z czasem coraz mocniej wiązała się z Gorzowem. Przyjeżdżała na zaproszenia czy to państwa Dębickich, czy środowisk literackich, czy w końcu innych. Zawsze towarzyszyła jej nieżyjąca już Hanna Makowska-Cieleń, opiekował się nią w Polsce Leszek Bończuk, także Janusz Dreczka. Każde spotkanie z nią to była loteria – będzie się uśmiechać czy też burczeć.

Niemal od razu dowiedziałam się, że Karin to wybitna osobowość. Wielka i niezmiernie zasłużona dla polskiej kultury tłumaczka z listą autorów wręcz imponującą. To ona dołożyła starań, aby niemieckiemu czytelnikowi przyswoić prozę choćby Andrzeja Szczypiorskiego, Antoniego Libery, Jerzego Ficowskiego czy poezję księdza Jana Twardowskiego. Ale to też ona przetłumaczyła „Trędowatą” Heleny Mniszkówny. Zresztą autorów jest znacznie, znacznie więcej.

Ale to także ona tłumaczyła poezje Kazimierza Furmana, Edwarda Dębickiego czy Papuszy. Była pierwszą niemiecką tłumaczką Lalki i obecne zainteresowanie tam poezją właśnie Papuszy ona wywołała.

To Karin urządzała we Frankfurcie salony literackie, na których promowała polską literaturę. Zresztą jednego z jej salonów, którego bohaterem był mój przyjaciel Kazimierz Furman, nie zapomnę do końca życia.

Zawsze interesowała się Solidarnością, miała bardzo dużo estymy dla prezydenta Lecha Wałęsy. Zresztą za tę akurat działalność – na rzecz właśnie S – została nagrodzona Medalem Wdzięczności, który odebrała osobiście z rąk Lecha Wałęsy i prezydenta Bronisława Komorowskiego w Gdańsku. Nigdy nie chciała przyznać, co wówczas powiedziała prezydentowi Wałęsie.

Potem do Gorzowa zaczął Karin zapraszać Prezes Dziekański i spotykałam ją dość często w Jazzowej Piwnicy. Oczywiście z Frankfurtu do Gorzowa przywozili ją polscy przyjaciele. Jej dom był otwarty dla polskich znajomych. Do legendy, a właściwie anegdoty przeszły wyprawy Kazimierza Furmana do Frankfurtu. Karin, znana miłośniczka kotów, od czasu do czasu gdzieś tam wyjeżdżała na kilka dni. Rolę niańki kotów i opiekunki domu pod jej nieobecność sprawował właśnie Kazimierz. Zawsze potem sarkał i kwękał, ale zawsze jak trzeba było, jechał niańczyć Karinowe koty.

Przez ostatnie lata życia trochę chorowała. Jak się okazało, ostatnia choroba stała się jej ostatnią. Odeszła w ostatnią niedzielę lipca.

Dziwna rzecz, ale kilka dni temu jakoś tak bezwiednie pomyślałam właśnie o Niej. Jakoś tak mnie naszło, że dawno jej nie widziałam. Pomyślałam wówczas, że chyba stęskniłam się za jej burczeniem. No i już wiem, że nigdy więcej na mnie nie naburczy.

Powiedzieć o tym, że była moją bliską znajomą, to zbyt wiele. Ale już znajomą – jednak taką, którą się lubiło spotkać, to już tak.

Zmienił się znów mój pejzaż znajomych. Ubyła ciekawa Pani z wyrazistym i czasami cholerycznym charakterem, ale którą zawsze ciekawie było spotkać. Ciekawie było Jej słuchać, kiedy wygłaszała cięte sądy o polskiej literaturze, kotach albo o innych mało ważnych rzeczach.

Gorzów stracił też przyjaciółkę, która choć go nie bardzo kochała, to jednak o nim mówiła i promowała, może w nieco dziwny sposób, ale zawsze.

Dziś pogrzeb Karin Wolff na głównym frankfurckim cmentarzu….