W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Amielii, Idalii, Leopolda , 15 listopada 2018

Znów mi opadły ręce w rozpaczy, z żalu za drzewami

2018-11-09

Nie jestem w stanie oblatywać całego miasta codziennie. Przecież ono jednak duże, w sensie powierzchni jest. Dlatego jak mnie zawiało na mały skwerek, to serce mnie się ścisnęło z żalu. Z żalu za drzewami, które znów zostały wycięte.

Zwyczajnie nie rozumiem, co się dzieje w Gorzowie. Jak z trudem na drodze rozumowej przychodzi mi przyjmować informacje, że coś się tam wycina, bo droga, bo wyższa konieczność, choć ja i tak jej nie rozumiem. To zwyczajnie w nijaki sposób nie rozumiem konieczności wycięcia drzew, zdrowych, dodam, w miejscu, które nie jest ani strategiczne, ani ważne, ani nijakie.

Ale niech będzie po kolei. Przez całe gorące do maksa lato wypracowałam sobie przyjazne mnie ścieżki. Polegało to na tym, że chodziłam wcześnie rano do pracy, na tyle wcześnie, że palącego Słońca jeszcze nie było. A potem wracałam sobie takimi ścieżkami, o których wiedziałam, że jest cień. Nawet na chwilkę mogłam odetchnąć od blasku i palących promieni. Mało dla mnie ważne było, że obok jakiegoś śmietnika. Ale była chwila oddechu, chwilka spokoju od tego straszliwego armagednu, za jaki mam minione lato. Rosły sobie drzewa.

Rosły, bo już nie rosną. Ze zgrozą oglądałam wczoraj porębę. Bo inaczej nie da się tego nazwać. Porębę. Jakieś nielitościwe ręce wycięły drzewa, stare, zdrowe, może nie podręcznikowo piękne, ale jednak ładne. Wycięły te ręce drzewa na skwerku między ulicami Dzieci Wrzesińskich a Wełnianym Rynkiem. Nie wiem, dlaczego i po co. Nie ja jedna nie wiedziałam. Kiedy tam wczoraj stałam, w niejakim stuporze, podszedł do mnie pan, który tam mieszka. Zapytał, co tu się stało i dlaczego? Nie byłam w stanie nic sensownego powiedzieć. Pan zresztą też, poza jedną frazą – przecież to jest nie do pomyślenia, przecież to jest barbarzyństwo. I dodał jeszcze jedną rzecz – ja tu mieszkam, moje okna wychodzą na ten skwer. Przecież te drzewa dawały cień. Co dalej mówił – nie nadaje się do cytowania w szanowanym portalu. Co ja – też nie.

Znów ktoś wyciął drzewa. Pamiętam, jak onegdaj, całkiem niedawno, spotkałam obecnego szeryfa, przy okazji otwarcia Restauracji Babci Nońci to było. Zapytałam szeryfa – będzie pan wycinał dalej drzewa? Szeryf odpowiedział – nie, no na pewno nie. To jakaś paskudna i zła informacja. Uwierzyłam, tak mam, bo legalistką jestem. I co?

Komu więc wierzyć? Bo zwyczajnie nie wiem. Ja nie ogarniam całego miasta. Zwyczajnie się nie da, bo Gorzów to jednak spore miasto. Obszarowe. A skoro mi wydziabano drzewa, zdrowe i ładne w centrum, w samym centrum i bez żadnych przyczyn, to co się dziać musi tam, gdzie ja nie jestem w stanie dojechać? Zwyczajnie strach się bać.

Szeryfa proszę, zwyczajnie proszę. Niech pan powstrzyma tę hekatombę drzew. Proszę. Bo za chwilkę zwyczajnie zginiemy od upału, temperatury, braku oddechu. Jak dalej drzew się w mieście będziemy pozbywać, to nas też nie będzie. Proszę pana bardzo. Nie wycinajcie więcej drzew i krzewów. Nie wycinajcie.

Ps.

Świat filmu, świat kultury polskiej, też i literackiej obchodzi dziś 90. rocznicę, tylko dziesięć lat mniej, niż Niepodległość, premiery filmu „Pan Tadeusz” w reżyserii Ryszarda Odyńskiego. To było wielkie wydarzenie. Teatr z epopeją narodową mierzył się wcześniej. Ale film to było coś nowego. Coś ożywczego, coś, co pokazało, że można. Sukcesu nie było, ale warto pamiętać, że i w tamtych czasach, kabaretu i piosneczek, ktoś podjął zadanie – na poważnie o Niepodległości. To było tylko 10 lat po swobodzie. Minęło 100 lat i jak do tej pory nikomu w wielkim ujęciu nie udało się pokazać epopei narodowej (dla mnie zwyczajnie dyskusyjnej – bo dla mnie to jednak literacki gniot) w należytym wymiarze. Film Ordyńskiego się broni. 90 lat mija od pierwszej ekranizacji. I jaka szkoda, że mało kto o tym pamięta.

Ps. 2. Za chwilkę niedługą jadę do Poznania na spektakl o Marii Konopnickiej. Jak jestem we Lwowie (oj bogi wszelakie dajcie, oby częściej, oby częściej), to zwykle na Łyczakowie palę jej świeczuszkę maleńką. Nie wielkiej narodowej poetce, autorce Roty, ale wielkiej i niepospolitej kobiecie, która miała siłę, aby żyć, tak, jak chciała. Potem patrzę na kolegów pilotów, którzy wiją się w tłumaczeniach przy jej grobie. (pierwsza alejka w lewo od głównej bramy na Łyczakowie). Maria Konopnicka wymyśliła Marysię i Krasnoludki oraz króla Błystka. Ale też opisała nędzę …. Marię Konopnicką lubimy stawiać na pomnikach. Ona sama sobie by tego nie życzyła. I na pewno nie życzyłaby sobie, aby z jej życia wymazać Marię Dulębiankę. Po to jadę do Poznania, aby zobaczyć, jak oni w teatrze  z tym tematem się zmogli. Teatr to magia.