W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Biny, Damazego, Waldemara , 11 grudnia 2018

O takich pewnych dziwnych skrzynkach będzie

2018-12-03

Już jakoś w lipcu czy najdalej w sierpniu zauważyłam, że w różnych ważnych miejscach, jak dworce, ważne skrzyżowania oraz przystanki pojawiły się skrzynki z tajemniczym dla mnie wówczas napisem - piasek.

Wówczas, w tym lipcu czy sierpniu takie skrzynki tylko budziły moją irytację. Bo po co piasek? Upał afrykański zamieniał Gorzów i okolicę w coś na kształt Sahary. Było szalenie gorąco, mówiąc współczesnym językiem – mega gorąco. Zamiast skrzynek z napisem piasek wolałabym widzieć automaty z wodą w butelkach albo te dziwne wózki, które pamiętam z mojej przeszłości. Te wózki, gdzie wodę można było za niewielki grosz kupić. Dziś się o nich prześmiewczo i z lekką pogardą pisze – gruźliczanki. Ale nie znam nikogo z mojego pokolenia, kto nigdy wody z tych wózków nie kupił. Co więcej, nie jest mi znany przypadek zachorowania na ową gruźlicę.

No i wracam do skrzynek. Pisałam już o tym, że w minioną sobotę nastąpił mały armagedon. Zwyczajnie nie dało się przejść, bo ślizgawka była przednia. Wcześnie rano musiałam się przemieścić z własnego domu do dworca PKS, potem autobusem do Miasteczka. Trudne to były chwile. I właśnie zastanowił mnie wówczas sens tych skrzynek z piaskiem. Po co one są, skoro jak gołoledź przyszła, to nikt lub prawie nikt z nich nie korzysta. Ku ozdobności Miasta ale nie tylko Miasta? Po co ustawiać takie wątpliwe ozdoby, które niczemu nie służą. Bo zwyczajnie nie posłużyły w szybkiej chwili, aby ludzie po cienkiej, ale jednak warstewce lodu jechali – moje pokolenie mówi, wywinąć orła. Wywinąć orła można bez żadnych przykrych skutków na śniegu. Wywinąć orła na pokrytym cienką warstewka lodu chodniku to już duży problem. Mnie się udało przejść, bo trawki rosną. Nie bez kozery piszę, trawki rosną, bo przy obecnej modzie na miasto to trawek, jak i drzew raczej na lekarstwo. Zamiast trawek mamy polbruki i inne płyty, zamiast drzew mamy kikutki. No i skrzynki.

Aby być sprawiedliwym. Takie same skrzynki widziałam w Mieście Koziołków oraz w Miasteczku. I co? No i nic. Ano sobie stały, a ludzieńki, w tym i ja, balansowaliśmy na lodzie w nadziei, że ręki, nogi lub też czegoś innego sobie nie złamiemy. A potem jeszcze sobie posłuchałam, co ludzieńki w tym temacie mówią, znaczy, w temacie pierwszej smarkatej gołoledzi, która nas nawiedziła. No i było mniej więcej tak, generalnie tak – a gadają, że wszystko pod kontrolą, a wystarczy kilka poniżej zera i mamy paraliż. Tylko przypomnę, że pewną panią polityk od czci i wiary odsądzono za stwierdzenie, że taki oto mamy klimat.

Fakt. Taki oto mamy klimat. Bardzo humorzasty i bardzo nieobliczalny. I jak się okazuje, ani buńczuczne zapewnienia, że służby spięte i w gotowości, ani zwykłe skrzynki z piaskiem nic nie pomogą na wolty klimatu, który nagle zapragnął przypomnieć, że skoro ludzieńki, w tym i my w Gorzowie za sprawą kopciuchów – pieców, w których pali się śmieciem i nie tylko, wpływamy na niego, to on, klimat, pokaże, na co go stać. Klimat dał nam znać o sobie bardzo, bardzo delikatnie. To było u nas zaledwie – 2 stopnie w skali Celsjusza. Pierwsze dni grudnia. Może być jeszcze trudniej, czego raczej nie przypuszczam. Ale co będzie, jeśli się sprawdzą mroczne prognozy pogody płynące z chyba nielubianych już dziś Stanów? Co będzie, jeśli temperatura spadnie do – 10C. Duży armagedon. I nawet te niezwykłe skrzynki na nic się nie zdadzą. Piach zamarznie.

Co robić? Co robić, kiedy chodniki zamarzają, bo smarkaty mróz przyszedł? OK. Podzielę się wiedzą. Każdy z nas ma w domu sól. Tę kuchenną, miałką z Kłodawy w generalności, ale bywają domy, że i tę wypasioną (oszukaną do imentu) sól z nie wiadomo skąd też mają. Trzeba ją ze sobą zabrać i dawaj sypać – uważać trzeba, żeby nie sypać, tam, gdzie drzewa i inne zielsko rośnie. Zieleń soli bardzo, ale to bardzo nie lubi. Sypać przed siebie, na polbruk, czyli coś strasznego, sypać na zachowany landsberski bruk, czyli coś pięknego, ale też zalodzony może być zdradliwy. Chwilkę trwa, nim się lód rozpuści, ale się rozpuści. I pewną nogą można pójść dalej. Chemikiem nie jestem, ale wiem, że lód soli nie lubi. Nasze buty też nie. Pytanie – co ważniejsze? Nasze własne przygotowanie do starcia z lodem czy iluzoryczne kasty z piaskiem? Stawiam na własne sposoby. Bo jak pokazało pierwsze starcie – 0 do 1 dla zimy. Na którą ja osobiście bardzo czekam.

Ps. Dziś światek ludzi związanych z fotografią, a w Gorzowie i nie tylko wielu ich jest, jak i światek ludzi noszących okulary (w tym ja), ale i ludzi związanych z astronomią, przyrządami optycznymi winien na chwilkę się zatrzymać i wspomnieć Carla Zeissa. Dziś bowiem przypada 130. rocznica śmierci tego niebywałego mechanika, genialnego twórcy skomplikowanego mikroskopu, przyrządów celowniczych, a ostatecznie szkieł okularowych oraz obiektywów foto. Minęło wiele lat od śmierci tego geniusza, Japończycy stworzyli równie wielki przemysł optyczny. Ale jeśli chodzi o wzorzec metra, to szkła Carla Zeissa nie mają równych. Nam w dawnym KDL CZ zlał się z firmą w Jenie. Po latach jednak okazało się, że naprawdę nie ma lepszej optyki – różnych szkieł, w różnych zastosowaniach, aniżeli firma Carl Zeiss. I nawet Japończycy czy Chińczycy nic na to nie poradzą. Każdy, kto ma dobry aparat, dobrą lornetkę, dobry sprzęt z wykorzystaniem optyki wie, że jak nie Carl Zeiss, to kto? No nikt. A to taki tylko z początku mechanik precyzyjny był.