W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Cezarego, Marii, Zygfryda , 22 sierpnia 2019

Taki sobie pewien oczywisty murek przestał istnieć

2019-01-03

Domyka się w pewnym zakresie zmiana w centrum miasta. Tylko pewien murek i aż murek jest tego znakiem. Jaka szkoda, przynajmniej dla mnie.

Nie jest żadną tajemnicą, że nie jestem zwolenniczką zmian w centrum, w mojej dzielnicy, mam na myśli Nowe Miasto. Zmiany przyszły jednak i właśnie wczoraj zmiany spowodowały, że wyburzono murek przy Dąbrowskiego ulicy. Kaprawy ci on był, ale był. Teraz go nie ma, bo pójdzie tamtędy ścieżka pieszo-rowerowa nad Kłodawką. Znam opinię mieszkańców i wiem, że nikomu się to nie podoba. Trudno się dziwić. Mało kto zwrócił uwagę na to, że za murkiem poszła też i inna zmiana. Poszło trochę zieleni. Trochę krzaków.

Ktoś w dość autorytarny sposób zaingerował w całość Nowego Miasta. Jakby dalej pójść, to takich zmian jest znacznie więcej.

Martwi mnie jedno. Martwi mnie to, że nikomu poza garstką mieszkańców tak naprawdę nie zależy na historycznych konotacjach. Mam na myśli głębokie zmiany, jakie w tkance zachodzą. Przykre jest to, że się o to nie dba. Bo jakiś murek, bo jakaś uliczka. Po co tam się nad starymi cegłami pochylać? Jak bowiem popatrzeć na całą kulturę, to takie murki, takie drobiazgi giną w pomroce dziejów. Zawsze idzie jakaś wichura, która zgarnie takie drobne rzeczy.

Ale właśnie sensem jest pochylanie się i dbanie o takie drobiazgi. Bo tak naprawdę one stanowią sens i znaczą. Może trudno myśleć o tym, że krzywy murek może być znakiem pamięci, ale tak właśnie jest. Takie murki są tradycją i kamieniami pamięci. Mnie zburzenie, takie bezrefleksyjne tego murku sprawiło prawdziwą przykrość.

Przykrość podwójną. Bo znów ktoś zaingerował w całą i dobrze wyglądającą tkankę miasta i ją zniszczył. A po drugie, ta zmiana nic nie wnosi. A jeśli już, to trochę katastrofy w organizacji ruchu. Jak kto tam będzie rowerem jechał, to musi podwójnie czy potrójnie uważać. Będzie? Pewna nie jestem. Zniknął murek. Zniknęła kolejna ciekawa cząstka miasta. Ech…

A teraz z drugiego kątka. Teatr Osterwy ma to do siebie, że zaprasza na różne rzeczy. Swoje, albo te z agencji różnych. I jakim dla mnie ożywczym znakiem było, kiedy popatrzyłam sobie na najbliższe wydarzenia. Ania z Zielonego Wzgórza wraca na afisz. Wraca na zasadzie after… Osterwa ma tak, że od czasu do czasu wraca do starych i sprawdzonych rzeczy. Teatr w takim mieście, jak Gorzów jest zwyczajnie skazany na dwie rzeczy. Na swój własny repertuar urozmaicony agencyjnymi wydarzeniami. Te agencyjne świetnie się sprzedają, bo warszawskie gwiazdy, bo coś tam. Ale to drugie to właśnie własny repertuar. I właśnie po latach Osterwa ma w repertuarze Anię z Zielonego Wzgórza. I Anię chcą ludeczki oglądać. I jak dobrze, że można. W sobotę znów będzie. I kto idzie przygody Ani oglądać? Ano wszyscy. Mamy, ciotki, kuzynki, wiele z nas, które przygody Ani znają, bo książki, bo które lubią Anię oglądać. Bo przecież trzeba. Mam na myśli taki oto fakt. Owszem, lubimy Provisorium, bardzo, lubimy Scenę Plastyczną KUL, Teatr Polski w Poznaniu, tamtejszą Scenę Na Piętrze, Gardzienice, Narodowy w Warszawie, Wybrzeże w Gdańsku, Narodowy w Wawie, Stary w Kraku, jeździmy tam, klaszczemy, lubimy. Ale czasami takiej Ani nam brakuje. I Osterwa nam znów Anię funduje.

Ja zwyczajnie wiem, co w sobotę, pierwszą od długiego czasu wolną, będę robić. Pójdę do Osterwy. A jak biletu nie będzie, to cóż trudno. Może na chodnik wpuszczą. Usiądę na schodach. Niech będzie. Ale przygód pewnej rudej dziewczynki w wydaniu teatralnym nie chcę i nie zamierzam przegapić. Uwaga, byłam na premierze…