W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Mascelego, Walerii, Włodzimierza , 16 stycznia 2019

Opadły mi ręce, bo jak można coś takiego zrobić

2019-01-07

Od lata z zachwytem obserwowałam remont siedziby IV LO. Patrzyłam, jak gmach pięknieje, jak staje się ozdobą tego kawałka miasta. A tu masz, znów jakiś półmózg albo bezmózg się popisał.

W naszym zwyczajnie niepięknym mieście mało się dzieje, żeby było pięknie. Dlatego jak ruszyły prace remontowe w IV LO, no wiecie, tym przy pierwszym Rondzie, to się ucieszyłam. Blisko mego domu to jest, moje drogi do kolei i autobusów oraz do biblioteki tamtędy wiodą, więc dość wnikliwie przyglądałam się pracom remontowym – cała fasada i otoczenie tuż przy szkole – patrzyłam, jak nawet w soboty prace postępują. Zachwycał mnie pietyzm w podejściu do materii (nie mylić z pietyzmem w wersji religijnej). Patrzyłam, jak pięknieje sama szkoła, jej otoczenie, jak pięknie zaczyna wyglądać obskurna do tej pory elewacja sali gimnastycznej liceum. Na bieżąco informowałam moją siostrzenicę, absolwentkę tej szkoły, że prace postępują, że robi się ładnie. Cieszyliśmy się wszyscy, że ten ważny budynek w naszym kątku zwyczajnie śliczny się staje. Zresztą kilka razy o tym remoncie w złośliwcach swoich pisałam. I ja, znana maruda i wydziwiaczka na rzeczywistość, chwaliłam zmiany. Bo naprawdę wiele dobrego uczyniono, żeby ten budynek stał się znów śliczny.

Potem, jak remont się skończył, specjalnie kilka razy wychodziłam z domu wcześniej, żeby się tam na chwilkę zatrzymać, żeby się zwyczajnie pogapić. W wianku różnych dziwactw mam tak, że lubię się gapić na architekturę. Dobrze mnie to robi na niemal wszystko. I tak było do minionej soboty.

Właśnie w sobotę wracałam wczesnym ranem spod Książnicy Wojewódzkiej do domu i nagle moje oko zobaczyło to, czego absolutnie nie chciało zobaczyć. Jakiś debil (przepraszam szanownych za epitet, ale inaczej nie mogę) na bocznej ścianie świeżo odnowionej sali gimnastycznej napaciał coś, co zwolennicy takich rzeczy nazywają tagami, a ja nazywam barbarzyństwem i chuligaństwem w postaci czystej. Napaciał jakiś paskudny hieroglif. No i szlag jaśnisty trafił cały pieczołowicie poprowadzony remont, kosztowną pracę zmierzającą do poprawy estetyki tego miejsca. Myślę, że jak dyrekcja IV LO odkryła to barbarzyństwo, to ją serce mocno zabolało. Bo mnie właśnie zabolało w sobotę.

Jak można coś takiego okropnego zrobić? Jak można zmarnować tę piękną jakość? Jak można być aż takim barbarzyńcą? Jaka szkoda, że takich złych rąk nie można zidentyfikować. Bo zwyczajnie nie można. Nie ma szans, aby odkryć, co za pokręcony pseudografficiarz to zrobił. Zresztą nazywać takiego szkodnika grafficiarzem to zbrodnia dla szlachetnej sztuki graffiti.

Nikt zatem nie odpowie za zniszczenie, nikt nie zamaluje tego paskudztwa. Raczej nie przypuszczam, żeby szkołę było na to stać. Będzie to paskudztwo tam straszyć. Autorowi paciagu życzę jak najgorzej. Jak – nie napiszę, bo to długi papirus życzeń okropnych byłby był. Konteksty kulturowe dostarczają wielu przykładów wymyślnych tortur, zaczynając od mąk Tantalowych po mrówki wszędzie i szerszenie w oknach. Tego temu baranowi od paciagu życzę. Życzę, bo sama muszę płacić za zniszczenia i podobne działania w mojej kamienicy, która ani tak piękna, ani tak ważna jak gmach IV LO nie jest. Pamiętam, jak jakiś czas temu kolejny zresztą raz odnowiliśmy sobie bramę. I długo nie trwało. Jakieś chuligańskie ręce popaciały ją nam swoimi paciami. Stałam wówczas z sąsiadami i łzy nam się w oczach kręciły. Bo miało być tak ładnie. I było. Tyko całe trzy dni.

No cóż. Chyba się jednak w końcu trzeba pogodzić z myślą, że się mieszka w mieście, gdzie chuligani rządzą. Narzekamy, że miasto źle wygląda. A jak ma wyglądać, kiedy wszystko tak tu wygląda. Byle jak. Kiedy uzbrojeni w farby chuligani nie czują i nie rozumieją, że pewnych rzeczy się nie robi. No cóż.

A teraz z innego kątka. Otóż dziś jest Boże Narodzenie według Kościołów obrządku wschodniego. Wczoraj prawosławni i grekokatolicy obchodzili wigilię, dziś cieszą się Bożym Narodzeniem. W mieście i okolicy mieszka sporo wiernych tego obrządku. Szczęściem porządek prawny daje im wolne dni do świętowania. Wszystkim moim przemiłym znajomym, którzy zasiadają do świątecznego obiadu – wszystkiego naj. Ja tam nic nie obchodzę, żadnych świąt, ale wiem, że dla wielu to ważne chwile, dlatego naj na dobry czas. I jak dobrze jest, że właśnie tak mogą swoje święta obchodzić ci, co jednak wierzący są. Kiedy pisałam szczęsne słowo na katolicką wigilię, to zapomniałam dodać, że ewangelikom też życzę dobroci i szczęścia na cały nowy rok. Ludzieńki, wszystkiego naj na nowy rok, choć wcale nie myślę, że będzie naj…

Ps. Jak ta, która zwyczajnie lubi robić zdjęcia, lubi fotografię, zwyczajnie muszę przypomnieć, że dziś mija 180 lat od chwili, kiedy to Louis Jacques Daguerre ogłosił, że używając srebra i miedzianej płytki, wynalazł sposób na uwiecznianie rzeczywistości. Wynalazł bowiem proces zwany dagerotypem. Dziś uważa się ten dzień za chwilkę narodzin współczesnej fotografii. I pomyślcie, każdy ma komórkę, która ma aparat, ja mam dodatkowo jeszcze trzy aparaty – dwa cyfrowe i jeden analogowy, drugi mi ukradziono. Możemy robić focie w każdej sytuacji. Łatwo jest. Ojciec współczesnej fotografii miał mocno pod górę. Skomplikowany bowiem to proces był. Bardzo. A dziś? A dziś każdy może i każdy robi zdjęcia, filmiki. Ale tak naprawdę od niego się zaczęło. Tylko i aż minęło 180 lat od chwili wynalezienia fotografii, bez której dziś nikt sobie rzeczywistości nie wyobraża…