W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Mascelego, Walerii, Włodzimierza , 16 stycznia 2019

Rozkręca się dyskusja o strzelaniu do dzików w lasach

2019-01-09

Ma być tak, że w określonym czasie myśliwi wyjdą do lasu, urządzą wielkie strzelanie i znikną dziki w lasach. Oczywiste uproszczenie, ale tak mniej więcej ma to wyglądać. Tyle tylko, że chyba to się nie uda.

Dziki żyją w lasach, a tych ci u nas dostatek, lasów znaczy. Mało tego, żyją sobie w Mieście. Z najlepszego z możliwych źródeł wiem, że także w naszym niepięknym Mieście jest ich całkiem sporo. Najlepsze z możliwych źródeł pokazuje, jak poznać, że dziki tu są. Zryte trawniki i ugory obok TESCO. Przewrócone śmietniki na obrzeżach Miasta, zwłaszcza w tych częściach, które sąsiadują z lasami lub ugorami. To są ślady obecności dzików w mieście. Ci, co łażą po lasach blisko lub odrobinkę dalej od Miasta też widzą ich ślady. Mało tego, od czasu do czasu widzą same dziki, jak przelatują im drogę.

Ja się ich zwyczajnie boję, a zwłaszcza, kiedy widzę matkę z pasiakami – jak się onegdaj dowiedziałam, tak się nazywa małe warchlaczki z charakterystycznymi paskami na grzbiecie. Dawno temu znajomy myśliwy, który został fotografem i do lasu się wyprawa owszem na łowy, owszem na polowanie, ale z aparatem fotopstrycznym, powiedział mi jedną prawdę. - Jesteś sama w lesie, widzisz lochę z pasiakami, to dawaj na drzewo. No ja tam po drzewach raczej kiepsko łażę, ale słowo wzięłam sobie do serca. Szczęściem, jak do tej pory nie było powodu, aby dyla dać na jakąści sosnę albo rzadko widzianego w lesie dorodnego dębczaka. Oj, to chyba byłby durny pomysł, bo ze względu na urodzaj żołędzi musiałabym na tym dębczaku siedzieć może ze dwa dni.

W każdym razie, Polski Związek Łowiecki, a w tym sam jaśnie łowczy okręgowy od jakiegoś czasu cały czas odbiera telefony od organizacji zajmujących się ochroną zwierząt, w tym zwierząt domowych, właśnie w tej kwestii. Wszyscy, związki, organizacje, ale i pojedynczy ludzie pytają, co jest grane? Bo nagle się okazuje, że jakoś nagonka prasowa sprawiła, że ludzie się jednak losem dzikich zwierząt przejęli. I jeśli rozumieją, że gospodarka wymaga obecności myśliwych w lesie, to nie rozumieją tego, co dzikom rządzący gotują. Bo gotują masakrę.

I teraz zostawiam PZŁ, Polski Związek Łowiecki. Oddam głos moim różnym znajomym, którzy są myśliwymi. Takimi prawdziwymi, którzy zanim nimi zostali, musieli przejść trudne szkolenie, lata praktyki, a w końcu złożyć przysięgę. Padają tam słowa ważkie. Tradycja, etos, etyka, moralność, odpowiedzialność za polską przyrodę, odpowiedzialność wobec siebie za podejmowane działania. I właśnie ci ludzie, często na eksponowanych stanowiskach, zajmujący się ważnymi sprawami, a w czasie wolnym myśliwi, publikują w mediach społecznościowych apele-informacje, przypominają o etyce myśliwego, deklarują, że oni nigdy nie będą bezmyślnie strzelać do loch i pasiaczków, co więcej, napominają swoich kolegów, którzy dokładnie to samo czynią. Taka ciekawa pętla informacyjna się zrobiła…

Sprawa jest bardzo ważna i bardzo aktualna. Bo z jednej strony rozkaz ministra, a z drugiej etyka. Nie da się tego na żadną wagę położyć. Bo jak mierzyć ludzkie sumienie i odpowiedzialność za środowisko. No nijak. Zawsze się znajdzie jakiś idiota, ale to krótka ścieżka. Środowisko szybko wyeliminuje. Mnie zwyczajnie ujmuje deklaracja większości, w tym naprawdę wielu z Gorzowa, która mówi – nas obowiązuje etyka, tradycja i dobre myślenie o naszych działaniach, jako tych, którzy gospodarują w lasach, więc my nie. My nie będziemy tego bezsensownego nakazu realizować. Owszem, pojedziemy na polowanie, owszem, wypełnimy kwity, bo mało kto wie, że każde polowanie to też kwity, bardzo dużo kwitów. Ale nawet te kwity nie spowodują, że zobaczymy matkę z pasiaczkami. Ognisko zawsze można zapalić, bigos zjeść, nawet kusztyczek wychylić. Pokotu nie będzie, bo żaden etyczny myśliwy nie zobaczy pasiaczków i ich matki.

Powiem tak. Nigdy nie myślałam, że będę za myśliwymi. Nawet w tych czasach, kiedy w czasach wrażej gazety jeździłam po lasach. Ale od jakiegoś czasu mam do czynienia ze środowiskiem myśliwych, tych z etyką i tradycją na czele. I zaczęłam rozumieć ich racje. Powiem tak. Trudno się myśli o strzelaniu do istot żyjących. Trudno bardzo. Ale kiedy posłuchałam logicznego wywodu, w dodatku wywiedzionego między innymi przez niezmiernie cenionego lekarza, do którego mam olbrzymie zaufanie, a który jest myśliwym, to zaczęłam rewidować swoje poglądy.

Dlatego też jestem dobrej myśli i wierzę, że masakry dzików nie będzie. Jak i masakry bobrów, jak i innych dziwnych pomysłów tej zmiany. Nie da się zabić wszystkich dzików. Choćby dlatego, że ci, co z flintami (przepraszam myśliwych za określenie) na polowania jeżdżą, mają określony kodeks postępowania. I dlatego oto dziki będą sobie buchtować w mieście, bo nikt im tu nic nie zrobi. Będą buchtować w lesie, bo ich nikt za bardzo śledził nie będzie. Nie wolno polować na zwierzęta w mieście. W lasach można, ale z proporcją.

Ps. I tylko malusi drobiażdżek. Dziś mija 100 lat od mało znanego faktu. Bardzo mało znanego. Otóż dziś mija 100 lat od chwili nalotu bombowego, jakiego dokonali powstańcy wielkopolscy na lotnisko we Frankfurcie nad Odrą. Powiem tak. Nie wiedziałam. Zaczynam tropić. A piszę o tym, bo w moim myśleniu Frankfurt to sąsiad, Poznań i powstańcy też sąsiedzi. Zaczynam się zastanawiać. Trudno będzie, bo ja niemieckiego nie znam. Ale jak dla mnie ten fakt jest ciekawy. Sto lat temu słabo uzbrojeni powstańcy zbombardowali lotnisko. Fakt godny pamiętania. Zobaczymy, co się okaże.