W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Mascelego, Walerii, Włodzimierza , 16 stycznia 2019

O uzdolnionych dzieciach słów kilka będzie

2019-01-11

Jakoś tak się składa, że w styczniu jest zawsze kilka ciekawych imprez, na których można zobaczyć uzdolnione gorzowskie dzieciaki. Taki dzień zdarzył się właśnie wczoraj

Od lat mam tak, że jak tylko mogę, to idę sobie na szkolne koncerty szkół muzycznych czy prywatnych placówek kształcących zdolne dzieci. Te imprezy są otwarte, każdy może przyjść. Z reguły są na nich rodzice, dziadkowe, nauczyciele. Właśnie wczoraj zdarzył się taki dzień, że można było sobie posłuchać uzdolnionych dzieciaków, jak grały bardzo ciekawy i różnorodny repertuar. Jeden koncert odbył się w Filharmonii, drugi w Jazz Clubie Pod Filarami. No i powiem tak. Bardzo, ale to bardzo interesujące imprezy były.

Dla nikogo tajemnicą żadną nie jest, że mamy w Mieście maks uzdolnionych dzieci. Może nie wszystkie zostaną zawodowymi muzykami, ale na pewno nauka w szkołach artystycznych zostawi u nich coś niezwykle ważnego – wrażliwość nie tylko na muzykę, ale generalnie na kulturę. Bo każdy koncert szkolny to nie tylko podejście do fortepianu i odegranie konkretnego utworu. To także cała otoczka – najpierw wraz z nauczycielem dobór repertuaru, potem praca nad tym utworem, w końcu ubranie się sceniczne i występ. Trzeba pokonać tremę, bo rodzina, bo koledzy i takie tam pojedyncze ludki słuchają. Trzeba się ukłonić, usiąść do instrumentu, zagrać w miarę bezbłędnie, albo zupełnie bezbłędnie, a w końcu wstać i znów się ukłonić.

No i tak właśnie wczoraj było i w FG, jak i w Jazz Clubie. Fantastycznie się oglądało dzieciaki, które wiele, albo bardzo wiele z siebie dawały. Niektórych zjadła trema, inni dali sobie radę. Nauczyciele ze Szkoły Muzycznej I i II stopnia tak skomponowali afisz swoich wychowanków, że był on niezwykle interesujący. Dla mnie osobiście bonusem największym była możliwość posłuchania Małgosi Rusak, dziś studentki Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Poznaniu już w kursie magisterskim. Słuchałam w jej wykonaniu jednej z sonat Siergieja Prokofiewa, patrzyłam na śliczną młodą kobietę, która daje sobie znakomicie radę z trudnym utworem i naszło mnie takie oto wspomnienie.

Lata temu pisałam o młodych adeptach sztuki muzykowania. Najmłodszą wówczas bohaterką mojego tekstu była właśnie Małgosia, miała wtedy coś z dziesięć może dziewięć lat. Potem jeszcze z kilka razy dane mi było jej posłuchać, a tu teraz taka siurpryza. Taka piękna siurpryza (odwracając i parafrazując słowa Greka Zorby). Po naprawdę kilku poważnych latach prezent. Po to się chodzi na koncerty szkolne. Miedzy innymi po to.

Kiedy szłam chłodnym, nareszcie, wieczorem do domu, przypominali mnie się różni uczniowie szkół muzycznych, których spotykałam jako dzieci, a dziś są to młodzi, a już dojrzali artyści. Niektórych spotykam przy okazji doangażu do orkiestry FG. Innych w innych sytuacjach. Jak do tego dodać uznanych już jazzmanów, bo też ich z lat szkolnych pamiętam, to tylko serce rośnie, że jednak mamy naprawdę dobre szkoły, dobre środowisko muzyczne.

Tym bardziej z przykrością patrzę na to, co się ze szkołami dzieje. Mam na myśli substancję. Jak do tej pory bowiem nikomu nie udało się wymyślić dobrej alternatywy. Oj, ups, udało się, ale radni Miasta zablokowali pomysł, dlatego teraz kolejny już raz trenuje się protezkę pod tytułem Kwadrat Kultury, co do którego niemal pewna jestem, że nic z tego nie wyjdzie. Choć trzeba sobie stworzyć furtkę pod tytułem – pożyjemy, zobaczymy. Fakt, pożyjemy, zobaczymy.

A skoro przy tamtym Kwadracie jestem, to muszę powiedzieć też jeszcze jedną rzecz. Z przykrością jednak przyjęłam plany przenosin Młodzieżowego Domu Kultury het na Śląską, bo odzieżówkę też się gdzieś tam przeniesie. Moim zdaniem to zły pomysł. MDK jest usytuowany centralnie, rodzicom łatwo dzieciaki tam dowieźć. Samym już podrośniętym dzieciakom też łatwo. Prosto wiele rzeczy przeprowadzić. Choćby akcję promowania Festiwalu, jaki MDK od lat robi. Przypomnę tylko, że obecna władza miała pomysły centralistyczne. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, a komasację wszelakich instytucji kultury w centrum miasta, tylko po to, żeby owo centrum ożywić. Inna rzecz, że chyba to już dziś rzecz nie do osiągnięcia. A teraz dawaj, przenosimy MDK na jakieś dalekie peryferia, pod pole golfowe. O innych planowanych roszadach jakoś zwyczajnie mnie się pisać nie chce, bo jako znana wydziwiaczka, przywiązana do status quo jestem temu zwyczajnie przeciwna. I znów powtórzę stałe moje ostatnio stwierdzenie – pożyjemy, zobaczymy.

I tylko słówko o jednej rzeczy. Otóż dziś mija dokładnie 70 lat od chwili, kiedy zlikwidowano Ministerstwo Ziem Odzyskanych. Tylko przypomnę, to było to ministerstwo, które urządzało porządek prawny na ziemiach zachodnich po 1945 roku, kiedy w wyniku wielkiej polityki ziemie zachodnie trafiły do Polski. To nasze ziemie. Do dziś w wielu miejscach w pasie ziem zachodnich można zobaczyć relikty upamiętniające powrót „prastarych słowiańskich ziem do macierzy”. Od 1989 roku optyka się zmieniła, dziś nikomu do głowy by nie przyszło, żeby gadać o prastarych ziemiach przywróconych do macierzy, bo to kłamstwo dziś jest, a w tamtych czasach to była polityka. Co nam jednak dyskutować z wielkimi młynami wielkiej historii. Tak było. I warto pamiętać, że nas owo ministerstwo mocno dotyczyło.

Ps. Dziś mija 90. rocznica urodzin wybitnej, wielkiej skrzypaczki Wandy Wiłkomirskiej. To była wielka gwiazda światowych scen. Wielka. Pani Wanda zmarła 1 maja ubiegłego roku. Pisałam o tym zresztą. A o Jej urodzinach przypominam zresztą nie bez kozery. Wanda Wiłkomirska była bowiem gościem Filharmonii Gorzowskiej przy okazji Międzynarodowego Festiwalu Filmów o Muzyce KAMERaTON jesienią 2012 roku. Odbywał się on w Filharmonii Gorzowskiej. Kiedy o obecności wybitnego gościa usłyszał Lech Serpina, ówczesny dyrektor Szkoły Muzycznej I stopnia, to w te dyrdy poleciał do FG poprosić panią Profesor, bo tak po dzień dziś o Niej mówi, aby zaszczyciła swoją obecnością początek roku szkolnego w jego szkole i może coś zagrała. Pani profesor prośby wysłuchała, po czym powiedziała, że musi na zakupy, bo przecież w tak uroczystym dniu w spodniach i swetrze nie wystąpi. Wielka skrzypaczka potraktowała małych adeptów tak, jak zwykle traktowała swoich słuchaczy w największych salach koncertowych świata. Była, mianowała kluczem wiolinowym nowych smarkatych uczniów, zagrała. A Lech Serpina do dziś to wydarzenie wspomina jako jedno z najważniejszych, czy nie najważniejsze w jego zawodowym życiu. Ja się o Jej obecności dowiedziałam za późno. I powtórzę to, co zawsze przy okazji wspomnień o Pani Wandzie Wiłkomirskiej powtarzam. Poleciałabym z kwiatami…. Oj i niemal na klęczkach bym je dała. Wielka dama, wielki człowiek, wielka artystka. Była tu. Była. Dziś skończyłaby 90 lat.