W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Erwiny, Henryka, Mariusza , 19 stycznia 2019

Coś na kształt armagedonu w muzeum, czyli szeryfom pod rozwagę

2019-01-12

Ja się spodziewałam, że będzie dużo ludzi. Ale że aż tak dużo, to nie. Mam na myśli promocję albumu ze zdjęciami Waldemara Kućki w Muzeum.

Na początek powiem tak. Jaka szkoda, że szeryf albo wice od kultury nie zadali sobie trudu i nie przyszli wczoraj na promocję albumu ze zdjęciami Waldemara Kućki, na którą zaprosiło Muzeum w imieniu wydawcy, czyli Nadwarciańskiego Towarzystwa Upowszechniania Dziedzictwa Kulturalnego. Wielka szkoda, bo włodarze tego miasta zobaczyliby rzecz niezwykłą.

Po pierwsze gorzowian, którzy już na godzinę przed promocją stukali do odrzwi Muzeum, po drugie jednak tłum ludzi, którzy chcieli książkę, po trzecie kolejkę karnie stojącą od odrzwi do bramy, czyli do Warszawskiej i to mimo padającego śniegu z deszczem.

Od lat uczestniczę w różnych wydarzeniach kulturalnych, ale coś takiego widziałam naprawdę pierwszy raz. Naprawdę pierwszy raz było tak, że aż takie oblężenie było. I nawet zwykle opanowana i dobrze radząca sobie ze stresem dyrekcja muzeum była w stresie. Trochę trwało, nim się muzealnicy zorganizowali, ale się zorganizowali. Książek zwyczajnie zabrakło. Co dla mnie jest rzeczą zrozumiałą. Bo jak się bierze na warsztat fotografie Waldemara Kućki, to jednak trzeba się liczyć z tym, że nakład 500 egzemplarzy, to kropla, a właściwie malusia kropelka w morzu pożądania.

Od tych, którzy odeszli z niczym, bo książek zwyczajnie zabrakło, a było ich sporo, nawet bardzo sporo, usłyszałam, że to właśnie są takie wydarzenia, w które miasto powinno inwestować. I co więcej, wcale nie chodzi o prezenty dla mieszkańców, bo dobrze by było, żeby za dotację miejską wydać ten album i dać ludziom możliwość zakupu książki za dla przykładu 20 zł. Karkołomna konstrukcja z punktu widzenia prawa to jest, ale wcale nie niemożliwa. Sama mam na swojej regionalnej półce trochę właśnie takich wydawnictw, które z dotacjami różnymi wyszły, ale mądry prawnik znalazł furteczkę, aby właśnie za jaką cegiełkę zwyczajnie je sprzedawać. I zwykle to kwoty strawialne dla zainteresowanych są, jakieś 15 czy 20 zł. To raz.

Dwa. Także od tych samych usłyszałam, że zamiast ładować krocie w dziwne miejskie imprezy, po których ślad żaden nie zostaje, tu padły konkretne nazwy, to może choćby malusi ułomek przekazać na takie rzeczy – trwałe wydawnictwa, które tylko przysparzają dobrej jakości temu miastu. I tu już padły dokładne wyliczenia. Usłyszałam ja, bo szeryfów nie było, że skoro miasto stać na ładowanie milionów w festyny miejskie i sylwestry, to także powinno stać na to, aby dotować takie wydawnictwa. I padła konkretna propozycja. Z budżetu miejskich festynów wyłączyć – ludzieńki mówiły – pół miliona, ja powiem skromniej – 200 tysięcy, to byłoby sporo ciekawych miejskich rzeczy, sporo ciekawych wydawnictw. Nie tylko tego muzealnego, ale wznowień książek, które wyszły, poszły do ludzi, a o które kolejni ludzie się pytają. A ich nie ma, bo nie. Tu mam na myśli wydawnictwa Kamienicy, ale i Roberta Piotrowskiego.

Przeżyłam armagedon, muzealnicy przeżyli armagedon. Pani dyrektor teraz ma straszliwy orzech do zgryzienia. Obiecała bowiem, że zrobi wszystko, aby dodruk się udał, tak by wszyscy album dostali. Jeśli wsparcia od miasta nie będzie, to nie wiem, co pani dyrektor ludziom powie.

Ja podpowiadam. Ludzieńki, trzeba pisać do szeryfa, trzeba szeryfowi opowiadać, jak było, trzeba szeryfa obecnego zapytywać, kiedy w Muzeum kolejna prezentacja dodruku albumu. A czemu tak? Bo tylko tak można osiągnąć sukces. Bo tylko tak można władcom pokazać, że choć lubimy (beze mnie) wielkie igrzyska, to tak samo lubimy te mniejsze, te związane z książkami, z wydawnictwami, ze śladami pamięci. Presja ma sens. Presja zjednoczona ma jeszcze większy sens.

Książki mają tak, że zostają. Do książek się zagląda. Z książkami się redefiniuje przestrzeń – każdą. Potem się mówi – wow, tak to miejsce kiedyś wyglądało? Doprawdy tak? Mama i tata kupią album, pokażą dziecku, dziecko wymoże aparat do zdjęć fotopstrycznych i pójdzie patrzeć, co się zmieniło. Skonfrontuje to niepiękne, lub upiększane na siłę miejsce i odkryje, że ten Gorzów jednak piękny kiedyś był. To jest ta jakość, która się może i powinna poszerzyć o konstatację – moje dziś niekoniecznie piękne, ale jednak moje miasto.

I jeszcze jedna rzecz, która trochę słabo wybrzmiała w obliczu armagedonu. Każdy, który już tego białego, e tam, białego, bo raczej srebrnego kruka ma, powinien uważnie rzecz przejrzeć. Bardzo uważnie. Muzealnicy czekają na informację – może kto tam siebie, mamę, tatę, ciocię, kuzyna rozpoznał. Czekają na takie informacje. Ja powiem, że osobiście mocno zainteresowana na już jestem odczytaniem jednego zdjęcia. Bardzo ale to bardzo chciałabym poznać dziewczynkę, która siedzi na schodach. To zdjęcie z 77 strony albumu. To jak dla mnie najpiękniejsze zdjęcie w tym wydawnictwie. To dla mnie kwintesencja myślenia o fotografii według Henri Cartier-Bressona. Decydują sekundy, mgnienie oka. Oj chciałabym poznać bardzo.