W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Jarosława, Konrada, Selmy , 21 kwietnia 2019

I kolejne dobre wieści z bibliotecznego poletka

2019-02-09

Jakoś się tak układa, że za ostatni czas złośliwce moje układają się w serie. Po bibliobusie przyszła jeszcze lepsza informacja. Zapyziała filia biblioteczna doczekała się remontu.

Można się cieszyć, że książnica wychodzi naprzeciw potrzebom i chce uruchomić bibliobus, który dojedzie tam, gdzie bibliotek nie ma. To fantastyczna sprawa. I przy okazji świetna informacja. Ale jeszcze lepszą jest ta, że biblioteka wojewódzka zamierza wespół w zespół z miastem wyremontować filię nr 2 – jak bibliotekarze uparcie określają swoje placówki, czyli bibliotekę przy ul. Mieszka I 50. Ja tam czasami bywam, a to sobie jaką książkę wypożyczę, a to sobie na jaką wystawę pójdę. Biblioteka mieści się w starej kamienicy, w której wyremontowano klatkę schodową – zresztą śliczną. A teraz sama biblioteka do remontu pójdzie. Ona generalnie straszliwie straszna nie jest, ale rzeczywiście remont się przyda. Bo i odświeżenia wymaga samo pomieszczenie, bo i przydałoby się trochę lepsze zaplecze dla bibliotekarzy. Co tam dużo dywagować. Dobra decyzja.

Może mało kto wie, ale akurat ta filia, używając nazwy bibliotekarzy, ma wśród swoich czytelników także mieszkańców spoza Miasta. Kilka razy widziałam właśnie takich spragnionych dobrej literatury, którzy dojeżdżają do tej placówki. I biorą hurtowo książki do czytania. Bo kartę czytelniczą mają mama, córka, tata, ciocia, wujek i może jeszcze kto tam. Przekłada się to w taki sposób oto – na jedną kartę wziąć można do czytania na jeden miesiąc pięć pozycji. Kilka kart daje większą liczbę wypożyczanych książek, więcej literatury i więcej możliwości obcowania z mądrym lub pięknym słowem we własnym domu, w fotelu lub na kanapie z kubeczkiem herbaty z malinami lub rumem, zależy, co kto lubi.

Mało tego, ci ludzie, którzy tam dojeżdżają, ale i ci z sąsiedztwa, którzy z dobrodziejstwa wypożyczalni korzystają, dzielą się też książkami. Oznacza to jedno. Ktoś coś sobie kupił, przeczytał i uznał, że na własnej domowej półce niekoniecznie musi mieć, przynosi ją do wypożyczalni. Tak zresztą mają czytelnicy w innych wypożyczalniach.

Dlatego też tylko ręce składać do oklasków za decyzję zarówno biblioteki wojewódzkiej, jak i miasta, że remont będzie. I nadzieja, że kolejne filie też się tego doczekają. Jak choćby ta przy Matejki. Wzorcem może być wyremontowana onegdaj biblioteka przy ul. Słonecznej.

A skoro przy książkach jestem, to muszę, zwyczajnie muszę znów pogratulować Winnej Górze, a dokładnie Muzeum Ziemi Lubuskiej promocji książki pani Zofii Mąkosy, a dokładnie drugiego tomu jej cyklu „Wendyjska Winnica. Winne Miasto”. Autorka za pierwszy tom, czyli „Wendyjska Winnica. Cierpkie grona” w 2017 roku dostała Lubuski Wawrzyn Literacki, najbardziej pożądaną nagrodę lubuskiego (nie lubię tego przymiotnika, ale co zrobić, w tym przypadku użyć go trzeba) środowiska literackiego. Do tej książki podchodziłam trochę jak do jeża. A jak zaczęłam czytać, to …. Wszystko poszło precz. Musiałam się dowiedzieć, jak to się skończy. Otwarte zakończenie sprawiło, że czekałam na kontynuację. I się dowiedziałam. Od autorki wiem, że na trzeci tom poczekam trochę dłużej, bo znów mamy otwarte zakończenie.

W każdym razie, Muzeum Ziemi Lubuskiej zrobiło to coś, co każda szanująca się placówka związana z winiarstwem w Winnym powinna zrobić. Urządziła promocję. Przyszły tłumy. Każdy z książką. Znajomi uprzejmie poinformowali, że nietaktem jest obecnie w Mieście Bachusa nie znać książki pani Zofii. I ja się zupełnie nie dziwię. Bo to jest mocno ciekawy obraz kształtowania się polskości w Grünbergu. W dodatku napisany w zajmujący sposób. I w jednym zdaniu pojawia się też Gorzów. Gratulacje wielkie. Gratulacje za frekwencję, choć w tym akurat Muzeum Ziemi Lubuskiej miało jak najmniejszy udział. Dało miejsce, ludzi przyszło moc.

Pamiętam bowiem, jak onegdaj, dość dawno temu, wyszła drukiem, staraniem Archiwum Państwowego i z notami krytycznymi „Rubież” Natalii Bukowieckiej-Kruszony. Pierwsza tak naprawdę powieść o polskim Dzikim Zachodzie, idąc za prof. Beatą Halicką. Mało nas było wówczas na promocji. Ale może to jeszcze nie był czas, może jeszcze nie tak były rozbudzone zainteresowania tym kątkiem, w którym przyszło nam żyć.

Bardzo dobrze się stało, że Winny tak podchodzi do pisarki i jej dzieła. A piszę o tym nie bez kozery. Bo uważam, że opowieść pani Zofii Mąkosy jest na tyle ciekawa, i jednak na tyle uniwersalna dla tych ziem, że może warto byłoby się pokusić i zaprosić autorkę do nas, do Miasta nad Trzema Rzekami. Może aż takiego tłumu jak w Winnym nie będzie, ale znam już kilka osób, które książkę czytały i byłby wdzięczne za spotkanie. Ja na pewno. Książnico, pomyślisz????

Ps. Zwyczajnie muszę. Choć nie powinnam, bo tam pracuję. Ale najwyżej będzie opiernicz od dyrekcji, która szczęściem złośliwców nie czyta, więc jak kto nie poinformuje, że napisałam, to dyrekcja się nie dowie i może opierniczu nie będzie. Otóż, kto lubi muzykę, a nie był w piątek na koncercie w Filharmonii Gorzowskiej, może żałować. Na afiszu były trzy kompozycje Feliksa Mendelssohna-Bartoldy, w tym Koncert skrzypcowy e-moll op. 64 w wykonaniu pana profesora Krzysztofa Jakowicza (po raz trzeci w FG). Tyle tylko, że po tym koncercie odbyła się sekwencja bisów, bo tak to należy nazwać. Pan profesor zagrał bowiem fragmenty suitki Georga Filipa Telemanna, partity h-moll Jana Sebastiana Bacha oraz trzy utworki bułgarskiego skrzypka, swego przyjaciela Panajota Bojadżijewa, w tym coś cudownego, czyli Krakowiaka, oczywiście w ujęciu przyjaciela. I to był crème de la crème. Po to się chodzi na koncerty, po takie perełeczki. A kto lubi muzykę, a nie był, niech żałuje. Naprawdę. Takie sekwencje bisów, w takim wykonaniu, okraszone dowcipnym słowem, zwyczajnie się nie zdarzają. U nas się zdarzyła.

I naprawdę na koniec anegdota o Panajocie, opowiada profesor Krzysztof Jakowicz, do którego przyjaciel zadzwonił:

Panajote: Wiesz, śniło mi się, że umarłem…

Jakowicz: To źle!

Panajote: Nie, nie tak źle. Otóż we śnie stanąłem przed bramą raju, lecz św. Piotr stwierdził, iż „skrzypków nie wpuszczamy”.

Jakowicz: I to ma być „nie tak źle”? Hmmm….

Panajote: Bo wiesz, po spędzeniu tylu lat w Polsce, polskim zwyczajem włożyłem nogę między framugę rajskiej furty, blokując ją.

Jakowicz: I co na to św. Piotr?

Panajote: Zanim zdążył się odezwać, to ja się odezwałem. Bo wiesz, rzuciłem okiem przez tę uchyloną furtę a tam Ty fruwasz…

Jakowicz: Tak?

Panajote: No to mówię do św. Piotra: „miało być, że skrzypkom wstęp wzbroniony, a tam Jakowicz fruwa…”. Na co Piotr: „Eeeee, co to za skrzypek…” .