W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Donata, Gizeli, Łukasza , 17 lutego 2019

Śledzę gorzowskie wątki i czasami trafiam na coś bardzo ciekawego

2019-02-11

Weekend, bardzo mocno pracowity, spędziłam w Miasteczku. Obowiązki moje się tak układają, że albo praca tu, albo w Miasteczku. I tam się czegoś ciekawego dowiedziałam. W Miasteczku znaczy

O obowiązkach pisać nie zamierzam, bo to mało ciekawe jest. Ale właśnie w Miasteczku tak czas mnie się ułożył, że miałam chwilkę na obejrzenie Księgarni w TVN. Dla polonistki zabitej z miłością do słowa pisanego od zawsze, z uwielbieniem dla gramatyki i ortografii polskiej chwilę później, każda audycja o książkach, o tekstach jest ożywczym łykiem normalności. I jak mnie się czas tak ułożył, że Księgarnię mogłam sobie pooglądać, to dawaj, bo rzadko się tak układa, aby móc. Najpierw posłuchałam sobie wzruszającej rozmowy z Józefem Henem, w rzeczywistości z Józefem Henrykiem Cukierem, Żydem, który przeżył Holocaust, i został jednym z najważniejszych polskich współczesnych pisarzy. Po wojnie przybrał nazwisko Józef Hen.

I choć w rozmowie z Pisarzem nie padło ani jedno słowo odnoszące się do Gorzowa, bo jak napiszę Miasto, to może misz masza poznawczy nastąpi, to jednak był to pierwszy malusi śladzik łączący twórcę z Miastem. Józef Hen jest bowiem autorem powieści „Toast”, która została przeniesiona na wielki ekran. Józef Hen sam napisał scenariusz na kanwie własnej powieści. Film wyreżyserowali Jerzy Hoffman i Edward Skórzewski. Role główne zagrali tam Gustaw Holoubek, Ryszard Pietruski, Zdzisław Maklakiewicz, Zofia Mrozowska i Ewa Wiśniewska. Balladę prześliczną do słów Agnieszki Osieckiej i muzyki Krzysztofa Komedy zaśpiewał Edmund Fetting. Film to „Prawo i pięść”. Tak, tak, „Prawo i pięść”. Jeden z pierwszych i generalnie rzadkich filmów w polskiej kinematografii, który wykorzystał gatunek western. A związek z Miastem nad trzema rzekami jest taki, że główny bohater, ten w białym stetsonie – grany przez Gustawa Holoubka, kiedy już wie, że musi zawalczyć z czarnymi stetsonami i wie, że sam nie da rady, dzwoni z zachowanego telefonu po pomoc. Dzwoni do Gorzowa. Do naszego Gorzowa. To pierwsza nazwa miasta, jaka się pojawia w filmie. Rzadko się generalnie pojawia, dlatego przypominam. Jakby kto chciał sobie balladkę piękną przypomnieć, to może tu https://www.youtube.com/watch?v=COGBfVMAMCU. Tam dalej jest dostęp do całego filmu, jak kto nie widział, to serdecznie polecam.

No i myślałam sobie, że to już koniec związków wielkiego pisarza, generalnie literatury z Miastem. Związków, które tylko nieliczni, mocno związani z dziejami Miasta potrafią odczytać. Ale potem przyszedł czas na polecane przez prowadzących, czyli państwa Agatę Passent i Filipa Łobodzińskiego nowości. I tu jeszcze większy zonk nastąpił, bardzo dobre zaskoczenie. Bo pan Filip Łobodziński, no wiecie, ten nieudaczny kuzynek z „Wakacji za jeden uśmiech”, hispanista, znakomity tłumacz, poeta, wokalista, miłośnik literatury różnej polecił ni mniej, ni więcej a książkę Aleksandry Pezdy „Zdrowaś Mario. Reportaże o leczniczej marihuanie”. Na właściwościach leczniczej marihuany się nie znam zupełnie, ale znam autorkę. Otóż Aleksandra Pezda jest gorzowianką. Różne drogi zawiodły ją do Warszawy. W Mieście jest bardzo wielu ludzi, którzy autorkę pamiętają, bo i w harcerstwie długo była, bo i wiele ciekawych rzeczy napisała jako dziennikarka. Jest między innymi autorką książki – podręcznika dla nauczycieli. Znam autorkę, bo nasze drogi wiele razy się przecięły. Lata temu to było. A teraz proszę, znakomity program, znakomity redaktor poleca jej książkę. Tylko się cieszyć, że ktoś z Miasta zrobił coś, z czego Miasto może być dumne. Jak to się przełoży na obecność pani Aleksandry w sferze publicznej Miasta, nie wiem. Wiem, że bywa w Mieście, bo mama autorki tu mieszka. Może czas, aby panią Aleksandrę zaprosić i oficjalnie urządzić jej wieczór autorski? Ja jestem jak najbardziej za. Warto się bowiem szczycić ludźmi z Miasta, którzy tylko dzięki sobie i swojemu talentowi coś naprawdę ciekawego i ważnego osiągają. A skoro w księgarni TVN mowa jest o tej książce, to warto. Książnico? Pomyślisz? Może trzeba, może i trzeba warto. Co prawda, książki nie znam. Ale znam autorkę. I wiem, że pisze dobrze, podobnie zresztą jest z rozmową. Aleksandra Pezda potrafi być zajmującą rozmówczynią. Ja byłabym mocarnie zainteresowana wieczorem autorskim Oli Pezdy w rodzinnym mieście. Fakt, trzeba byłoby poszukać kogoś, kto wieczór poprowadzi. Kogoś, kto zgłębi temat, przeczyta książki Aleksandry, ale i zagłębi się w rozmowę. Skoro mamy autorkę stąd, to dwa razy warto. Ola potrafi być zajmującą dyskutantką, że powtórzę. Książnico, pomyśl proszę.

Ps. A skoro dziś literacki złośliwiec, to tylko dla porządku domu. 21 lutego w Książnicy promocja wybitnie ciekawej, moim zdaniem oczywiście, książki autorstwa Zdzisława Morawskiego „Każdy miał wakacje”. Moim zdaniem mocno nieoczywistej. Więcej pisze o niej dr Krystyna Kamińska na naszym portalu…. Ja tam mocno zainteresowana nią jestem. Bo jak generalnie niekoniecznie w całości cenię spuściznę Zdzisława Morawskiego, to jednak kilka, jeśli nie kilkanaście jego wierszy mocarnie mnie się podoba. Czekam na promocję. Może znów jaki zachwyt przeżyję? Do Długiego nad jeziorem Lipie jeździłam, tam pobiłam własny rekord pływania żabą krajoznawczą. Jeżdżę nadal, choć już nie pływam, tylko ścieżkami jeziora trzy obchodzę. Ciekawa zwyczajnie jestem tekstów Zdzisława Morawskiego o tym miejscu. Bo mam go do tej pory za zamkniętego, lodowego i zdystansowanego – akademickiego twórcę, gdzieś tam blisko akmeizmu poetę. Aspirującego jednak do akmeizmu. Mam nadzieję, że się pomylę. I to będzie dobra pomyłka. Trzeba iść na promocję i trzeba albo się zachwycić, albo ostatecznie znielubić. To pierwsza promocja książki Zdzisława Morawskiego po śmierci jego żony Marii, która jak lwica broniła spuścizny, ale i jak lwica dbała o nią. Na tę książkę czekam.