W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Jarosława, Konrada, Selmy , 21 kwietnia 2019

Nagle dyski uznały, że czas się pokazać

2019-02-12

Po cackach z porcelany, muzealnicy pokazują kolejne skarby. Broń, ozdoby, przedmioty codziennego użytku, gdzieś tam z odległych epok. Skarby nieoczywiste, ale jak najbardziej prawdziwe.

No i nie udało się mnie wczoraj pójść do Muzeum Lubuskiego na spotkanie naukowe poświęcone skarbom archeologicznym. Środek dnia nie jest dla mnie najlepszą porą na takie spotkania, bo zwyczajnie obowiązki nie pozwalają, a urlopu też jakoś brakuje. Ale dzięki zaprzyjaźnionym znajomym wiem, o czym mówiono. I na pewno pójdę, żeby na swoje osobiste głaza owe skarby zobaczyć.

Może tak – skarbem jest coś wykopane z ziemi, coś intencjonalnie tam ukryte. Może to być broń, biżuteria, precjoza, monety, cenne przedmioty. Takich skarbów ostatnio trochę wyszło z ziemi. Znaleźli je ludzie, którzy oddali te rzeczy muzealnikom. Ja na temat takich skarbów mam własną, trochę może kontrowersyjną tezę.

Otóż moim zdaniem skarby same decydują, kiedy się ujawnią. Dlaczego tak twierdzę? Ano choćby na kilku przykładach. Niech będzie skarb z epoki brązu z okolic Deszczna znaleziony lat temu kilka i będący dziś jedną z ozdób muzealnej kolekcji. Przecież po tych polach wokół Deszczna łaziło przez lata wielu ludzi. I nikt nic nie znalazł. Ale trzeba było, żeby z domu na spacer wyszedł jesienią 2012 roku Michał Pluta. I w jakichś krzakach zobaczył wystające z ziemi przedmioty. Podszedł, zobaczył i natychmiast poinformował archeo, że coś wybitnie interesującego tu jest. Okazało się, ze to coś wybitnie niebagatelnego. Michał nagrodę za ujawnienie skarbu dostał, ale jak powiedział, największą nagrodą jest to, że po wsze czasy w Muzeum informacja będzie, iż to on znalazł te cenne i piękne przedmioty i przekazał je do Muzeum. I to jest pierwsze potwierdzenie mojej tezy, że skarb zaczekał na swego znalazcę. Bo kto wie, co by z nim było, gdyby znalazł go kto inny, absolutnie niezorientowany.

Podobnie było z crème de la crème, czyli dyskami solarnymi z Chyciny. Też czekały na swojego znalazcę. To z kolei odkrycie Jana Monika, który tą drogą, przy której leżały, chodził wiele razy. Nagle dyski uznały, że czas się pokazać. Jan Monik skarb przekazał do Muzeum i dzięki temu wielka, prawdziwa rzadkość w skali europejskiej jest dostępna. A przecież mógł sobie w domu je zatrzymać. Bo to przepiękne przedmioty są.

Takich przykładów na odnajdowanie świadectw kultury ludów zamieszkujących te ziemie na setki i tysiące lat przed nami jest wiele. Archeo zawsze tłumaczy, że słowo skarb budzi dziwne, czasami niezdrowe emocje, a potem jak ludzieńki przychodzą i patrzą na ozdoby z brązu, na groty, na biżuterię też z bardzo dawna, to się dziwią. Skarb? Ale gdzie złoto, gdzie klejnoty, gdzie drogie kamienie? Bo tak postrzegane są skarby. Takie też się odnajdują, tyle że rzadko. Ostatni taki był w Środzie Śląskiej, do której onegdaj pojechałam i nawet nakręciłam znajomych, żeby ze mną się wybrali.

Ale powiem tak, zachwyciły mnie ozdoby korony królewskiej w Środzie, jednak o większe bicie serca przysparzają mnie te skarby, jakie mogę w Muzeum Lubuskim im. Jana Dekerta oglądać (znaczy znów jutro z rana polecę, bo wczoraj nie dałam rady). Jak widzę dyski solarne, elementy wózka kulturowego, drobną a śliczną biżuterię z brązu czy pacioreczki, to ogarnia mnie wzruszenie i ciekawość przychodzi – skąd, jak, jak się udało zachować.

Archeo zawsze ma ze mną kłopot. Bo ja zawsze, za każdym razem, choć się z archeo znam ponad ćwierć wieku, zadaję to samo durnowate pytanie – a skąd wiecie, że ta skorupka to ma kilka tysięcy lat, a nie jest na przykład częścią jakiegoś fajansowego talerza zupełnie niedawno potłuczonego i wyrzuconego na śmietnik. I dalej w podobie w odniesieniu do innych rzeczy. Archeo patrzy wówczas na mnie z lekkim politowaniem i tłumaczy jak ksiądz Magdzie na rowie, że nauka, że badania, że źródła, że porównania. Ja owszem, to wszystko wiem, ale przy każdej kolejnej okazji znów się zachowuję, jak cielę w sklepie z porcelaną. Pytam, archeo cierpliwie tłumaczy. Taki oto rytuał. Dobrze, że archeo ma cierpliwość tłumaczyć. W każdym razie, dziś obowiązkowo do muzeum. Bo obok ślicznej porcelany, kartusza herbowego, pięknych rzeźbek z alabastru, kolekcji Arsenału i wielu innych rzeczy, ma też i skarby archeologiczne.

Ps. Dziś światek filmu polskiego świętuje 20-lecie premiery „Ogniem i mieczem” według prozy Henryka Sienkiewicza w reżyserii Jerzego Hoffmanna. To ostatnia ekranizacja trylogii Sienkiewiczowskiej, po „Panu Wołodyjowskim” i „Potopie”. Był wielki sukces, ale co się dziwić. Jerzy Hoffmann odwrócił kolejność ekranizacji, bo najpierw był „Pan Wołodyjowski” – na wielki ekran i serial „Przygody Pana Michała” na mały ekran, potem „Potop” i w końcu „Ogniem i mieczem”. Jak Henryk Sienkiewicz pisał swoje wielkie powieści – ku pokrzepieniu serc, że przypomnę definicję, to cała Polska, której na mapie wówczas nie było, z zapartym tchem czekała na kolejne odcinki przygód Pana Michała et consortes. Każda ekranizacja cieszyła się wielką popularnością. Ludzieńki walili masowo do kin, a dziś przy okazjach świąt rozlicznych nadal oglądają te ekranizacje, już na swoich telewizorach we własnych domach. I nawet jak książek nie czytali, to znają bohaterów oraz wiele kardynalnych cytatów. „Ogniem i mieczem” pobiło wówczas wszystkie rankingi. To był wówczas najchętniej oglądany film. A motyw muzyczny, czyli „Dumka na dwa serca” z muzyką Krzesimira Dębskiego i słowami Jacka Cygana weszła na zawsze do pop kultury.

Można nie lubić popeliny literackiej, za jaką ja mam „Trylogię”, można nie lubić jej ekranizacji, ale głupotą wielką byłby nie pamiętać. Tym bardziej, że do dziś to jest jeden z hitów, obok „Znachora”, „Trędowatej” i „Samych swoich”. 20 lat minęło od ostatniej ekranizacji ostatniej, w istocie pierwszej części „Trylogii” Henryka Sienkiewicza…. Tylko przypomnę – Nobla Sienkiewicz dostał za jeszcze większy, moim zdaniem, literacki gniot, czyli „Quo vadis”. No cóż. Z Noblowskimi nagrodami trudno dyskutować. Co zrobić.