W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Gerwazego, Protazego, Sylwii , 19 czerwca 2019

Kaziuki w Gorzowie, święto wilniuków oraz imieniny mego przyjaciela

2019-03-04

Będą spotkania, koncerty, smakowanie przysmaków, będzie radość z plecenia palmy. Wilniucy się cieszą, ja też, bo lubię się szwendać po dawnych polskich kątkach.

Może tak. Kiedy zupełnie niedawno, jakoś dwa lata latem tego roku miną, jechałam po raz pierwszy do Wilna, to miałam misz masz poznawczy. Z jednej strony wspaniali znajomi, którzy mówili, że w Wilnie poczuję się jak we Lwowie, do którego od 30 lat z górą jeżdżę i rzeczywiście czuję się tam jak w domu. W moim domu. Z drugiej doświadczenia własnej rodziny, która tam, w tej stolicy litewskiej była, i która przestrzegała – tylko nie gadaj po polsku, bo nie lubią. A jak do tego dołożyć całe odium wiedzy nabytej, to przyznam, że strachem jechałam. Ale jak dojechałam, to się okazało, że trzeba samemu dotknąć, zobaczyć, posmakować. Przeżyć. I nie, nie zakochałam się w Wilnie, tak jak we Lwowie czy w Tallinie.

Pochodziłam sobie uliczkami, posmakowałam jedzenia, pojechałam do Troków, zatrzymałam się w Kownie. I wróciłam. Przemili wilniucy nie uwierzyli, że byłam i miłości wielkiej w sercu nie mam. Miłości może nie, ale super wspomnienia jak najbardziej. Ponieważ to nie turystyczna działka, więc wymieniać nie będę, co mnie przy Wilnie trzyma, w sensie turystycznym. Ale muszę i chcę powiedzieć, co mnie urzekło. Ano to, że jak łaziłam po Wilnie, generalnie po drogach i drożynkach, na które wycieczki regularne nie trafiają, to to, że i po polsku wszędzie się mogłam dogadać, ale i dlatego, że na mnie – mówiącą tam po polsku z pewną zresztą premedytacją, nikt nie pluł, ani nie wyrzekał. Co więcej, przyjemnością było posłuchać pięknej, śpiewnej polszczyzny, bo taką też słyszałam.

A jak wróciłam, to na następne Kaziuki, te gorzowskie w te dyrdy poleciałam. Jak zresztą zawsze, od kiedy Kaziuki w mieście się odbywały, a to już 30 lat mija.

Wilniucy mieszkają w Mieście od zakończenia II wojny i zmian, jakie wielka historia przyniosła. Kiedyś tam sobie prywatnie święto św. Kazimierza obchodzili w domach. Nie mogli się przyznawać oficjalnie do miłości, tęsknoty, nostalgii i żalu za utraconą krainą dzieciństwa. Trzeba było aż przewrotu demokratycznego 1989 roku i zmian wszelakich w kraju, aby mogli mówić, że dobrze im się tu mieszka, ale jednak to Wilno, ale jednak ta Wilejka, ale jednak Użupis, ale jednak cepeliny, ale jednak Jan Bułhak, ale to wszystko to jednak wybitnie ważne jest. Na tyle ważne, że choć wrośli w nową rzeczywistość, ułożyli sobie tu życie, to jednak bardzo mocno tęsknią za tamtym utraconym krajem dzieciństwa, za smakami, za Wilnem po prostu. Mogli i zaczęli mówić, że oni tu żyją, i dobrze im się żyje, ale chcą i to bardzo wspominać oraz kierować innych w tamte kątki. W ich własny świat. Ten tam.

No i teraz mamy właśnie to, że oni wspominają, cieszą się, a my w tej wielkiej akcji uczestniczymy. I dobrze nam z tym. Dobrze nam, bo Miasto nad trzema rzekami to jeden wielki zlepek różnych nacji, różnych tradycji, różnych smaków. Ja tam za dobrego cepelina dużo dam, podobnie jak i za tatarski pierożek z baraniną oraz kwas – nie chlebowy, jak na Ukrainie, ale to dobre coś. Dam też dużo za ludowy zaśpiew, jak i za uliczkę pisarską w Wilnie. Oraz za ślady Czesława Miłosza.

Kaziuki nam się zaczynają. I tylko życzyć trzeba wszystkim naszym znajomym oraz nam samym dobrego święta, dobrego czasu.

Dla mnie Kaziuki mają też i inne znaczenie. W październiku, dokładnie 14 – w Dzień Nauczyciela, minie dziesięć lat, kiedy jakoś około 11.00 zadzwonił telefon. Nie mogłam odebrać. Bzdurna robota nakazała wyciszyć. Wróciłam do redakcji. Podszedł do mnie wówczas mój przemiły znajomy i powiedział – Kazik odszedł. Popłakałam się publicznie. To był też pierwszy rok, kiedy wcześniej, właśnie w marcu nie poszłam na imieniny do Kazimierza Furmana. Na Kaziuki właśnie. Pamiętam, że wywiało mnie wówczas do Berlina. Kazimierz zresztą był już bardzo chory, ale nie na tyle, żeby imienin nie zrobić. Narzekał na mnie w telefonie. Ja tłumaczyłam, że muszę. Kazimierz gadał, że nic nie muszę. Fakt. Miał rację. A przecież zawsze było tak, że Kazimierz dzwonił i wydawał dyspozycję – masz być. Kaziuki zaczynamy…. Zaczynaliśmy.

Dlatego Kaziuki – przepiękne święto mają dla mnie gorzko-słodki smak. Świętuję, ale jednak właśnie od tych dziesięciu lat mam też cień za sobą.

Ps. No taż nie byłabym sobą, gdybym o tych urodzinach nie wspomniała. Otóż dziś mijają 200. urodziny naprawdę wybitnej kobiety, w której już raczej nikt nie pamięta, a powinny polskie feministki, polskie miłośniczki literatury kobiecej. Otóż 200 lat temu urodziła się Narcyza Żmichowska. Autorka Poganki, Ścieżek przez życie, Białej róży i kilku innych rzeczy literackich. Świetnie wykształcona, mówiąca językami, pracująca jako guwernantka, niepospolita kobieta. I powiem tak, jej proza się broni. Jej postawa życiowa jak najbardziej też. Dodam, w XIX wieku wiele było wybitnych kobiet. O Narcyzie Żmichowskiej pamiętają annały polskiej historii literatury. Jej ślady w wybitnych monografiach literackich można znaleźć. I tylko malusi kamyczek do tej historii dodam. My tu, na ziemiach zachodnich mamy podobną ciekawą osobę podobnego formatu, w Radachowie obok Ośna Lubuskiego urodzoną i tam pochowaną, Anne von Pappritz… Ale to inna opowieść. Dziś urodziny Narcyzy. Ja wspominam.