W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Borysa, Magdy, Marii-Magdaleny , 25 maja 2019

Wraca na scenę kultowy spektakl o życiu Wróbelka Paryża

2019-03-14

No i znów polecę do Osterwy. Znów sobie usiądę w kąteczku, tak, żeby wzruszeń nie było widać, bo tak mam, szlag i wszystkie plagi, że w teatrze się wzruszam.

Lata temu, kiedy dyrekcja Osterwy powiedziała, że ma taki projekt, tylko się ucieszyłam. Bo choć za bardzo biegła w kwestii piosenek nie jestem, to Edith Piaf znam, lubię, cenię i wszystko, co najlepsze z nią mnie się kojarzy.

Zabawna kwestia. Pierwszy raz o niej świadomie usłyszałam od mojego taty. Mała wówczas byłam. Był jakiś film w telepatrzydle, mała pani śpiewała dziwnym – wówczas – dla mnie głosem. A mój ojciec, z domu, gdzie nie było tradycji słuchania muzyki – opowiedział o niej. To od taty mego usłyszałam historię o jej wejściu do paryskiej Olimpii i parę innych rzeczy. Nigdy się potem nie zainteresowałam, skąd mój osobisty ojciec to wiedział. Dziś z przyczyn oczywistych się tego nie dowiem.

Potem już świadomie sobie o Wróbelku Paryża poczytałam, posłuchałam, zachwyciłam się jej głosem. A kiedy Artur Barciś, który ten spektakl na gorzowską scenę przygotował, powiedział mi, że Piaf kocha i kochać będzie zawsze, bo różne mody przeminą, a piosenki Piaf słuchane będą zawsze, to się z nim w całości zgodziłam.

Byłam na premierze, pamiętam cały nastrój paryskiej kawiarenki wyczarowany na ślicznej Scenie Letniej. Pamiętam wzruszenia. A potem poszłam do Osterwy kolejny raz, i kolejny raz, i kolejny, i znów kolejny. Potem na spektakl pojechała moja najbliższa rodzina i potem oni też wracali. O tym spektaklu mówiło się nie tylko w Mieście. Mówiło się w Poznaniu czy Szczecinie lub w Winnym Grodzie, bo i z tych miast, gdzie teatrów jest kilka, jechali ludzie.

Patrzyłam na licznik. Mocno trzymałam kciuki za setkę, jak pękła, znaczy odbył się setny spektakl, to z gratulacjami do teatru poleciałam. Przecież to był wyczyn. WYCZYN. W sennym skąd inąd miasteczku, z jednym teatrem, który musi godzić wiele oczekiwań, udało się coś, co się niekoniecznie udawało i udaje w wielkich miastach. A potem licznik zwariował, nabrał tempa i pękło 200 spektakli. Jak powiem, że się spodziewałam, to skłamię. Nie myślałam, choć dyrekcja była tego pewna. Tak więc sukces absolutny, sukces zasłużony. Sukces, który pokazuje, że i w zapyziałym miasteczku może się udać coś, co nie jest tylko grillem i podłym piwem na podmokłych łąkach przy okazji jakiegoś festynu.

Spektakl wraca z jedną korektą. Wielką Piaf w latach jej największych sukcesów zagra tym razem Justyna Jeleń, zastępując w tym wcieleniu Marzenę Wieczorek. Przyczyn nie znam i nie dociekam. Każdy artysta ma prawo do własnych wyborów. Ale jednak Marzeny będzie mi brakować. Nawet bardzo brakować. Dlatego też polecę znów do Osterwy, siądę w kątku ciemnym i znów się wzruszę. Lubię chodzić do teatru. Nawet bardzo, co zrobić.

A teraz z innego kątka. Też jednak kulturalnego. To nie był dobry dzień dla kultury polskiej. Najpierw przeczytałam, że na Niebieskie Klezmerskie Łąki przeniósł się Leopold Kozłowski-Kleinman, klezmer Krakowa, Galicji bardziej. Miał 100 lat, przeżył Shoah, czarował i uwodził swoją sztuką niemal do końca. Miałam ten zaszczyt i tę przyjemność, że dane mi było parę razy słuchać Klezmera na żywo. Wiem, że nikt nie jest wieczny, ale kiedy Tacy odchodzą, to żal jest bardzo wielki. Niech dusza jego zostanie zawiązana w woreczku żywych – jak piszemy na nagrobkach. Niech. Kadisz za jego duszę.

A druga zła informacja to była taka, że na Niebieską Scenę przeprowadziła się pani Zofia Czerwińska, wybitna polska aktorka drugiego planu. Miała 85 lat. Tak naprawdę nigdy nie zagrała pierwszoplanowej roli, ale jej występy to były perełeczki. Potrafiła ukraść plan filmowy czy scenę teatralną nawet gwiazdom, cokolwiek to znaczy. Wszyscy miłośnicy kultowego serialu „Czterdziestolatek”, gdzie grała rolę sekretarki pana inżyniera, ją pamiętają. Jak i majstra Maliniaka, czyli pana Romana Kłosowskiego. Już cała trójka, bo i pan inżynier, czyli Andrzej Kopiczyński siedzi w Niebieskim Teatrze i patrzy na nas z góry. Zresztą całą trójkę, w innych konstelacjach teatralnych mieliśmy okazję oglądać w Gorzowie, u Osterwy. Dodam tylko, że panią Zofię można także zobaczyć w epizodzie w „Prawie i pięści”, filmie w pewien sposób sprzężonym z Gorzowem. Wielka strata dla kultury polskiej.

Ps. Dziś 65. urodziny obchodzi pan Jerzy Sobolewski. Urodził się w ślicznym Barlinku, ale całe życie zawodowe i obywatelskie związał z Miastem. Sportowiec, radny, były Przewodniczący Rady Miasta, ciekawy człowiek. Wszystkiego naj na urodziny.

Ps. 2. Bo zwyczajnie jako zabita kinomanka o tym wspomnieć muszę. Otóż dziś mija 40 lat od premiery Hair Milosa Formana. Nie znam kinomana, który tego filmu nie zna. Nie znam. Wielki pacyfistyczny manifest przeciwko wojnie w Wietnamie stał się plakatem i symbolem wszystkich filmów, wszystkich znaków przeciwko wojnom wszelakim. Fabuły nie opowiadam, bo znana jest. Pamiętam natomiast bardzo dokładnie, jak widziałam ten film pierwszy raz w kinie. To było kilka lat po premierze. Były konfrontacje filmowe. Karnet wystany. Potem wiele razy oglądałam. Wybitne dzieło wybitnego artysty. No zwyczajnie musiałam. I wiem, że w Mieście takich jak ja, jest więcej… Dużo więcej, co kochają Milosa Formana i jego filmy, w tym Hair.