W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2019

Ludzie nie chcą wycinki drzew w parku Słowiańskim

2019-03-29

Petycja w tej sprawie trafiła właśnie do magistratu. Podpisało ją coś około tysiąca mieszkańców. Czy ktoś się tym przejmie? Szczerze wątpię.

Petycję złożyło Stowarzyszenie Zielone Miasto Gorzów. Do listy śmiało można mnie dopisać. Bo się w papierze nie dopisałam, ale chcę tam być. Ja też nie chcę tej wycinki. Wcale nie uważam, że trzeba niszczyć kolejne miejsce zielone, ze starymi drzewami produkującymi tlen na potrzeby potrzebnej skąd inąd hali sportowej z prawdziwego zdarzenia. Tym bardziej nie chcę i tym bardziej się na tę lokalizację nie zgadzam, bo zupełnie niedaleko Słowianki, są zwykłe ugory, na których ta hala spokojnie może powstać. Uważam, że w dobie, kiedy planeta nam się gotuje, a my razem z nią, wycinanie kolejnych drzew produkujących tlen jest barbarzyństwem. Przeczytałam niedawno ciekawy raport sporządzony przez amerykańskich i angielskich uczonych, którzy pokazali wyliczenia – ile tlenu produkują stare drzewa, jak starodrzew wpływa na schładzanie się planety, na naszą w miarę wygodną tu egzystencję. Te mikromiotełki – nowe drzewka, nawet ich cały las, nie zastąpią starych drzew. Nawet jeden hektar nie jest w stanie wyprodukować tyle tlenu w dobę, co jedno stare drzewo.

Nie przekonuje mnie też twierdzenie pani prezes Słowianki Joanny Kasprzak-Perki, którą nota bene szanuję, że już dwa lata temu teren ten został Słowiance przekazany jako inwestycyjny. Już wówczas było słychać głosy niezgody na wycinkę. Tyle tylko, że nikt ich za bardzo słuchać nie chciał. Uważam, że każdą decyzję, zwłaszcza taką nietrafną z punktu widzenia interesu społecznego, a takowym jest dbanie o zieleń, można skorygować, można, a tu trzeba wręcz zmienić. Nie neguję konieczności budowy hali, bo głupotą byłoby to okrutną z mojej strony, ale uważam, że warto i trzeba tę decyzję przemyśleć i zmienić jej lokalizację. Tym bardziej, że chyba budowa hali znów się odwleka, bo kasy niet. I nawet ostre napomnienia pani minister Elżbiety tu nic nie zmienią, choć kto wie. Dlatego można powalczyć o zmianę lokalizacji. Wiem, wiem… dokumenty, papiery, kwity. Wszystko się da, jak się komu będzie chciało.

W mieście jest coraz mniej zrozumienia dla planów kolejnych inwestycji – mniejszych czy większych, które mają się odbywać kosztem zieleni, kosztem wycinki drzew, kosztem likwidacji trawników czy rosnących krzewów. Coraz więcej tuziemców zdaje sobie sprawę, że zieleń jest zwyczajnie potrzebna. Nie będzie zieleni, będzie beton i płytki, nie będzie nas. Myślę, że to powinien być kardynalny argument przeciw planowanej wycince. Ile to trzeba energii, żeby pójść do nowej hali odrobinkę dalej? Odrobinkę więcej. A przecież wiadomo, że ruch to zdrowie. A hala ma być głównie dla sportu. Więc?

A teraz z drugiego kątka. Otóż się dokonało. Dyrekcja Muzeum Lubuskiego podpisała wczoraj umowę na kompleksowy remont Zagrody Młyńskiej w Bogdańcu. W obecności najlepszych z możliwych świadków, czyli przedszkolaków z Bogdańca. Dwa lata potrwa remont przepięknej Młynarzówki i całej zagrody. A piszę o tym, bo wielu z nas do Bogdańca zagląda. Mało tam zagląda, bywa, bo lubi. Bo zachwyca nas całe otoczenie, bo lubimy połazić nad śliczną rzeczułką Bogdanką. Bo lubimy ryznąć w Bogdanieckie Bieszczady. Ja tak mam, że lubię sobie usiąść na młyńskich kamieniach – na jednym ja, na innym mój czarny termos oraz kanapki z własnego plecaka i posiedzieć w ciszy. Pogapić się na Młynarzówkę, na stawy, na piękno świata, które tam mnie się też objawia. Trzymam kciuki za dyrekcję, że wszystko w czasie się uda i za dwa lata będziemy świętować otwarcie Młynarzówki na nowo.

Mam tylko jedną nadzieję, że remont, fachowcy od rzeczy trudnych nie przegonią ducha Młynarzówki, który tam sobie pomieszkuje. O duchu wiem od pracowników Muzeum, którzy korzystali nie raz i nie dwa z możliwości nocowania w Bogdańcu. Otóż właśnie ich straszył duch tam bytujący. Pukał do okien, łaził obok. No straszno było. Bez jakiegoś osobistego straszydła, ducha, takie miejsca tracą. Tak straciły Wały Kattego w kostrzyńskiej Twierdzy. Wały dziś wybetonowane i oświetlone są, duch porucznika Hansa Hermanna von Katte zwyczajnie się z wałów wyniósł. Bo co to za frajda straszyć w maksymalnie oświetlonym światłem sztucznym miejscu? Wiem to od niego, że już żadnej frajdy w straszeniu nie ma. Bo cywilizacja sprawiła, że ducha nikt nie zauważy, ani nikt się nie przestraszy. Dlatego mam nadzieję, że duch Młynarzówki dzielnie remont przetrzyma i nadal będzie pukał w okna.

Ps. Bo zwyczajnie muszę. Kinomani z całego świata, w tym i tutejsi dziś odpalają płytki albo specjalne programy w necie, aby obejrzeć ni mniej, ni więcej, a jedną z najsłynniejszych komedii w historii światowego kina, czyli „Pół żartem, pół serio/ As good as it gets” w reżyserii Billy Wildera. Dziś bowiem mija dokładnie 60 lat od premiery filmu, który jest czymś szczególnym w dziejach kina. Bo reżyser, Billy Wilder, bo aktorzy, Marylin Monroe, Tony Curtis, Jack Lemmon, Joe E. Brown, bo opowieść, bo muzyka. Bo w końcu dialog stulecia: Daphne (Jack Lemmon) – Osgood, ja nie jestem kobietą. Osgood (Joe E. Brown) – Nikt nie jest doskonały - Nobody is perfect. Dialog cytowany, dialog bez którego kino miałoby inny wygląd. Tak, tak, 60 lat minęło od premiery. Ale ciągle wracamy do tego filmu, cały czas go oglądamy i cały czas wzdychamy… Jakie super to jest. Podobnie jak i z wieloma innymi wielkimi dziełami kina, które od czasu do czasu nawet komercyjne kina przypominają. Kinomanom tylko przypominam, innym podpowiadam. 60 lat temu Billy Wilder nakręcił arcydzieło. Kto nie widział, niech popatrzy. Niech się wzruszy albo zaśmieje a potem powie… Wow… super. Cudny film.