W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2019

Kolejna ważna nagroda dla znakomitej zakonnicy

2019-04-01

Nagroda im. Jana Rodowicza „Anody” poszła w ręce siostry Michaeli Rak, wieloletniej kierowniczki Hospicjum św. Kamila w Gorzowie i twórczyni pierwszego hospicjum na Litwie.

O nagrodzie poinformowali fundatorzy i organizatorzy, czyli Muzeum Powstania Warszawskiego oraz Hanna Kaup, znana gorzowska dziennikarka. Hania napisała na FB tak: „Siostra Michaela Rak została laureatką Nagrody im. Jana Rodowicza „Anody” w kategorii „Wyróżniająca się akcja lub inicjatywa społeczna zakończona sukcesem”.

Ale jak to ma w zwyczaju, nie raczyła dołączyć nader ważnej informacji. Moim zdaniem kluczowej przy tym sukcesie. Mianowicie nie napisała, że ona sama maksymalnie się do tej nagrody dołożyła. A dołożyła się w sposób kardynalny. Bo to Hanna Kaup napisała o siostrze Michaeli przejmujący i wzruszający reportaż, opublikowała go w wydawnictwie „Łączą nas ludzie i miejsca”, a potem uległa namowom różnych znajomych, żeby do nagrody Anody właśnie ten a nie inny tekst posłać, bo opcje miała dwie.

Gdyby nie ten tekst, to organizatorzy być może wcale nie mieliby możliwości dowiedzenia się, że ktoś taki, jak siostra Michaela Rak istnieje. Tak to jest bowiem, że w podobnych konkursach trzeba zgłaszać kandydatów, trzeba dobrze motywować, dlaczego właśnie ten a nie inny winien być laureatem.

My w Gorzowie oraz cała Litwa znamy siostrę, cenimy jej zasługi, cenimy ją jako wybitną postać, charyzmatyczną, silną i dążącą do celu, ale nie po jakichś pokrętnych drogach, tylko wprost. Trudną, wyboistą drogą, gdzie trudności piętrzą niczym Alpy i Himalaje razem wzięte. Inni nie, a za sprawą tekstu Hanny Kaup poznali i docenili.

Ja też znam siostrę Michaelę. Podziwiam ją i mocarnie szanuję. Kiedyś spotkałam ją późną nocą w Wawie na Centralniaku. Wracałam z jakiegoś szkolenia pilockiego, chyba z Budapesztu. Weszłam na dworzec, a tu radość. Michaela sobie siedzi i czeka na rejsowy autobus do Wilna. Serdecznie się przywitałyśmy, spędziłyśmy coś z godzinę na rozmowie. Poopowiadała, co u niej, co w nowym hospicjum. Zaprosiła mnie do Wilna i na koniec dała ikonę Matki Boskiej Ostrobramskiej. I choć żadną miarą wierząca nie jestem, to tę ikonkę mam. To było coś niebywałego. Dobra godzina na brzydkim dworcu. W Wilnie nam się nie udało spotkać, drogi nam się rozminęły. Napisałam do Niej wielką informację, że byłam i pozdrawiam.

Ale to Hannie Kaup przyszło do głowy, aby napisać o Michaeli reportaż, to jej się chciało zgłosić siostrę do nagrody i oto jest. Dlatego, moim zdaniem, wygrane w tej prestiżowej nagrodzie są dwie. Siostra, bo nagrodę odebrała, Hanna Kaup, bo o niej napisała. I to tak, że nagroda poszła w jej godne ręce. Gratulacje serdeczne obie panie. Gratulacje.

A skoro przy siostrze Michaeli jestem, to tylko podpowiadam, że jak gorzowianie do Wilna zaglądają, a zaglądają, to niech i zajrzą do Niej, do Hospicjum im. Błogosławionego księdza Michała Sopoćki. To przepiękne miejsce, na wskroś nowoczesne. I po drodze do cmentarza na Rossie. Zresztą Wilno, to zabytkowe, to polskie (jak chcą miłośnicy wspomnień), nie jest duże. To maleńki krok w bok od centralnych szlaków turystycznych, a właściwie nawet nie krok w bok. Siostra się ucieszy, bo tak ma. A jak się wspomoże jej dzieło nawet niewielkim datkiem, to będzie wdzięczna. Jak i w Mieście była. Choć od wielu już lat mieszka w Wilnie, to jednak jest też stale obecna w Mieście, a to za naszą sprawą. Bo ją pamiętamy, bo śledzimy jej drogi, bo ją jednak wspomagamy.

A teraz z drugiego kątka. 30 marca minęła pierwsza rocznica śmierci Piotra Steblin-Kamińskiego. To już rok. Ten czas tak szybko zaiwania. Piotra raczej mocarnie przypominać nie trzeba, bo znali go niemal wszyscy. Ja powiem tylko, dlaczego i jak mi go brak. Brak mi go dlatego, że jak już na Niebieskie Łąki przenieśli się tacy ludzie, jak Hieronim Świerczyński i Kazimierz Furman, to Piotr był tym, stale mi przypominał, że mało wiem, że na teatrze się nie rozumiem, choć on widzi, że lubię. Strofował za nieprzemyślane określenia, dyskutował o ważnych rzeczach. Zabierał w różne miejsca. Pamiętam moją ostatnią z nim rozmowę. Trafił do szpitala. Było ciężko. Wyszedł z niego. Zadzwoniłam i nakrzyczałam, że ma mnie nie straszyć więcej. On nakrzyczał na mnie, że mam głupot nie wygadywać. Pogadaliśmy chwilkę, wydawało się, że będzie dobrze.

Swoim zwyczajem, pojechałam z przyjaciółmi na Wielkanoc do Niemiec. Byliśmy w Lubece, kolejnym mieście, gdzie zostało moje serce. Szliśmy sobie wolnym krokiem, szukaliśmy domu Güntera Grassa i zadzwonił telefon. Zapłakana pani Basia Steblin-Kamińska powiedziała, że Piotrek nie żyje. Nie uwierzyłam w to, co słyszę. Potem zadzwonili inni znajomi. Trzeba było uwierzyć.

Minął rok od chwili Piotra. Mnie cały czas go brakuje, jego tekstów, choć ich najmniej. Mnie brakuje samego Piotra, jego pogawędek o Ukrainie – obydwoje kochaliśmy, ja kocham nadal, jego sarkazmu, jego żartów, jego mi brakuje.