W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2019

Mamy autorkę opery dla dzieci, to wielki sukces!

2019-04-03

Tylko w sumie dwie osoby w Filharmonii Gorzowskiej wiedziały, że Małgorzata Szwajlik pisze operę dla dzieci. Pary z ust nie puściły. Wczoraj sama autorka się przyznała, że odniosła sukces.

Sukces i to jaki!!! Małgorzata Szwajlik, kierownik działu organizacji pracy artystycznej Filharmonii Gorzowskiej stanęła do konkursu na operę dla dzieci i młodzieży organizowanego przez ZAIKS oraz Teatr Wielki – Operę Narodową i wygrała! Razem z nią sukces święci Maestro Krzysztof Dobosiewicz, znakomity kompozytor, który z FG współpracuje, napisał między innymi muzykę do musicalu „Dogonić Pippi” do libretta oczywiście Małgorzaty Szwajlik. Zresztą jest ona autorką librett do innych musicali wystawionych przez FG. Maestro napisał muzykę, a sama autorka powiedziała, że to coś super.

Opera dla dzieci autorstwa znakomitego duetu ma tytuł „Salija” i jest opowieścią o pewnej trzynastoletniej dziewczynce. Powiem tak, napisać operę to wielkie dzieło. Napisać operę dla dzieci, tych starszych, to już wielkie dzieło pięć razy wzięte. To jest rzecz niezmiernie trudna, niezmiernie skomplikowana. A tu proszę, się udało i to jak. GRATULACJE WIELKIE!!!!!

Wczoraj się wydało, że przy tej pracy szanownej autorce pomagały jeszcze dwie koleżanki z FG. Jedna – przyjaciółka, chyba wspierała i podtrzymywała na duchu. A druga, zilustrowała operę tak, aby pokazać na prezentacji, jak to ma wyglądać. Obie panie pary z ust nie puściły, obie wczoraj też były maksymalnie wzruszone i szczęśliwe z sukcesu (nie wiem, czy chciałby z imienia być wymienione, więc nie wymieniam, ale jeśli się zgodzą, z największą radością ujawnię, kto).

Jak mamy w mieście n poetów, kilku prozaików, może jakiegoś dramatopisarza oraz n dziennikarzy, to jak do tej pory nie mieliśmy autorki/autora opery. Teraz mamy. I to jest coś niezwykłego, coś absolutnie unikatowego. Bo pani Małgorzata Szwajlik właśnie tym tekstem, tym librettem weszła do czołówki polskich twórców. Do czołówki dość hermetycznego i dość zamkniętego kręgu. Autorce gratulował sam pan Maciej Wojtyszko, absolutne guru w działce twórczość dla dzieci. Gratulował podejścia do materii, zbudowania ciekawego i niebanalnego świata, myślenia przestrzenią teatralną, tym bardziej skomplikowaną, bo operową, a ona się rządzi z lekka innymi prawami, aniżeli dramat stricte teatralny. Zupełni innymi, bo trzeba pogodzić ze sobą i dramat słowa, ale i dramat budowany przez muzykę.

No i ja teraz mam jedno wielkie marzenie. Wielkie. Sprowadza się ono do tego, aby prapremiera światowa opery dla dzieci dwójki znakomitych autorów odbyła się w FG. Oj jakby pięknie było. Oj jak pięknie…

A teraz z drugiego kątka, z gruntu innego. Otóż mija dokładnie 30 lat od chwili zarejestrowania gorzowskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa. Ja nie jestem członkinią, co może wydawać się dziwne, znając moją ogromną predylekcję do tego miasta. Jakoś mi do głowy nie przyszło do tej pory, żeby się tam z Miłośnikami mojego ulubionego miasta zbratać i zostać członkinią. Może dlatego, że poza miłością do miasta, zainteresowaniem jego historią, sympatią do wielu ludzi stamtąd, tych znanych z historii, ale też znanych mi tu z kontaktów osobistych, jakoś nie pomyślałam, że mogę się tam w tym kręgu znaleźć. Jak zacznę o Lwowie, to i papirusu oraz atłasu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego zabraknie. Bo i o pocztówkowym Lwowie mogę, ale i o tym słabo znanym, o konfietkach, parku Stryjskim, pewnym bazarze, pewnej poczekalni na Głównym Dworcu, o ludziach stamtąd, o wertepach na ulicach, o murze przy Katedrze św. Jura, o Mons Pius, o klatkach schodowych, o haraczej wisni…. I tak dalej, i tak dalej, i zawsze też o Żółkwi, bo dla mnie Lwów i Żółkiew to para nierozerwalna. No i znów mnie ogarnęła ogromna tęsknota za tym wspaniałym i cudnym miastem. Już kombinuję w myślach, jak tam choć na trzy dni znów ryznąć. W każdym razie, już 30 lat Miłośnicy Lwowa spokojnie sobie działają, kultywują pamięć, jeżdżą tam i kolejne pokolenia do tego absolutnie cudownego miasta zawożą. Gratulacje.

Ps. No i masz babo placek i to w dodatku z zakalcem. Otóż dzisiaj mija dziesięć lat od zakazu sprzedaży termometrów rtęciowych. I co ja mam zrobić z moim, całkiem sprawnym termometrem rtęciowym? Wyrzucić? No nie, bo rtęć to jednak trucizna. Zachować? No nie, bo nie wolno. Ale jak urządzonko dobrze działa, choć nielegalne jest, to co robić? Oto jest pytanie.