W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2019

Dzikich parkingów przybywa, pora coś z tym zrobić

2019-04-04

Zawarcianie poskarżyli się na kibiców, którzy na Memoriale Jancarza postawili swoje samochody nawet na zielonych skrawkach, które były rewitalizowane w ubiegłym roku za ciężki pieniądz.

Przestałam chodzić na stadion Jancarza z różnych względów. Głównie zdrowotnych. Co nie znaczy, że nie śledzę, co się tam dzieje. Ale jednak z pewnym opóźnieniem skonstatowałam, że kibicowska brać zniszczyła miejsca zielone, trawniki, które kosztowały morze kasy. I jaka szkoda, że policja, której tam przy takich okazjach jest bardzo wiele, absolutnie nie reagowała.

Kolejny raz zadziałała zasada, że mój samochód ma absolutnie prawo parkować tam, gdzie jest wolne miejsce. I mojego samochodu, a co za tym, i mnie, absolutnie nie obchodzi, czy to trawnik, chodnik, czy jakie inne wolne miejsce, choć wcale nie przeznaczone do stawiania tam samochodu. Nie od dziś wiadomo, że przy Jancarzu miejsca do zaparkowania praktycznie nie ma. Zwłaszcza nie ma przy okazji jakichkolwiek zawodów. Dlatego też zupełnie nie rozumiem, ja można było na Memoriał pojechać samochodem, a potem bez żadnego pardonu postawić go na pasach zieleni. I nie rozumiem, że policja nie reagowała.

Dlatego absolutnie nie dziwię się Zawarcianom, że się słusznie oburzyli. Zawarcie akurat w tym kawałku ma mało zielonego. Dlatego też chuchają i dmuchają na te skraweczki trawników, nawet o te mikre drzewka. Dużo pieniędzy kosztowało, aby te spłachcie ugorów zamienić w trawniki. A tu masz babo placek. Ktoś sobie przyjechał, bezrozumnie postawił swój samochód na trawniku i hajda na zawody.

Przykre jest, że do tego doszło, przykre podwójnie, że policja nie zareagowała. Tak zwyczajnie nie powinno być. Bez względu na to, że policja pojechała ochraniać Memoriał, choć to nigdy nie były zawody wysokiego ryzyka, to jednak moim zdaniem powinna zareagować. Nie zareagowała. No cóż.

A tak swoją drogą, to takich dzikich parkingów w mieście przybywa. Autka stale parkują przy Drzymały na wysokości Schodów Donikąd, bo tam jest taka niezagospodarowana płoszczadź, którą uczniowie pobliskich szkół wykorzystują jako parking. Tam bywa dramatycznie, kiedy przed ósmą zjeżdżają się ludzie i usiłują zaparkować. Ruch jest naprawdę duży, bywa, że spieszeni przechodnie w popłochu muszą uciekać przed zdeterminowanymi kierowcami spieszącymi się na lekcje w szkole. Sama nie raz doświadczyłam tego, że ktoś wjeżdżał na chodnik i wcale się nie oglądał na krasnoludka polskiego idącego spokojnie po chodniku. Tak też nie powinno być. Bo ten ugór nie jest żadnym parkingiem. Ale kto o tym myśli?

Podobnie jest i w innych punktach miasta. Na Szlaku Królewskim, który jednak stal się parkingiem i to stałym. Od bardzo pokaźnego czasu na stałe parkują tam auta z tablicami rejestracyjnymi z Bydgoszczy i Torunia oraz miast pobliskich. Podobnie jest na Hawelańskiej i Wełnianym Rynku. Podobnie jest wszędzie. No cóż. Piszę o tym od dawna, i co? I nic. Reakcji brak.

A teraz z drugiego kątka. Otóż wczoraj w Książnicy gościła pani Zofia Mąkosa, autorka trylogii „Wendyjska winnica”, czyli dwóch już tomów zatytułowanych „Winne grona” i „Winne miasto”. Na trzeci cały czas czekamy, ale już wiemy, że przyjdzie nam poczekać do jesieni przyszłego roku. Muszę się pochwalić, że miałam niezwykłą przyjemność oraz zaszczyt poprowadzić to spotkanie. Ale akurat moja tam obecność nie jest najważniejsza czy też jakkolwiek ważna. Ważne natomiast jest to, że przyszło wielu czytelników, którzy byli autentycznie zainteresowani. Mało tego, kilka osób przyjechało spoza Miasta. Pani Zofia barwnie opowiadała o swoich książkach, cierpliwie odpowiadała na zadawane pytania, stawała do zdjęć.

„Wendyjska Winnica” to opowieść generalnie o ludziach z Chwalimia, Kargowej, Nowego Kramska, Zielonej Góry i Berlina. O Marcie i Tili Neumann. Czyli o miastach i ludziach z południa naszego nieco kulawego województwa. Wydawałoby się, że tutejsi miastowi nie przyjdą, bo animozje między Miastem a Winnym Grodem są okropnie wielkie. A tu zonk. Nie dość, że przyszli, to jeszcze książki kupili, a ci co przeczytali, tylko chwalili. Bo tylko chwalić można.

W taki oto prosty sposób zasypuje się te durnowate animozje. Książnica od lat to robi, także i to spotkanie było kolejnym krokiem do ich zasypania. Myślę, że każdy, kto był, nie ma wątpliwości, że te animozje to już dziś absolutny anachronizm i coś bez sensu. A od siebie dodam, że kto lubi literaturę, interesuje się regionem, lubi spotkania z ciekawymi ludźmi, a nie był, może żałować. Bo naprawdę było maks interesująco, że pójdę na skróty w formułowaniu opinii. Ja czekałam na to spotkanie, bardzo. I wcale nie jako moderatorka spotkania, ale jako zabita wielbicielka tych książek. Zabita wielbicielka takiego pisarstwa. I tylko się pochwalę – pani Zofia obdarowała mnie pierwszym tomem „Winnicy”, z dedykacją! No i teraz na mojej regionalnej półce muszę zrobić przestawkę. Bo te dwa tomy muszę mieć w zasięgu wzroku. Pani Zofii zazdraszczam takiej umiejętności opowiadania, budowania historii, gdzie opowieść z tam splata się z fikcją. Ja tak nie umiem. I jeszcze zwyczajnie muszę dodać. Tak pięknie po polsku, taką polszczyzną pisać to jest coś dziś niezwykłego. Taką polszczyzną mówić, to też jest coś gnącego. Uczta dla moich polonistycznych uszu to była.

Książnica zapowiada, że spotkań z literaturą regionu, szeroko rozumianego, będzie więcej. Oj, jak dla mnie najlepsza informacja dnia. Bo jest szansa, że zjadą do nas ciekawi pisarze, autorzy dobrych książek, które dzieją się właśnie w regionie. Szeroko rozumianym, ale jednak regonie całego pasa ziem zachodnich, do dziś dziwacznie zwanych przez niektórych ziemiami odzyskanymi. Książnico bardzo wielkie dzięki, bardzo też wielkie gratulacje.

Ps. Bo zwyczajnie muszę. Dziś 100 lat, sto lat mija od założenia mojej ukochanej uczelni, mojego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Oczywiście wcześniej działała Akademia Lubrańskiego, potem inne uczelnie, ale UAM to właśnie od tego dnia. Ojcami założycielami mojego uniwerku byli między innymi pan prof. Heliodor Święcicki, ksiądz prof. Stanisław Kozierowski, prof. Józef Kostrzewski i prof. Michał Sobeski. Dzieje szkoły były różne. Ale ostatecznie powstał UAM, ja tam studiowałam, tam spotkałam ludzi, którzy na zawsze ukształtowali moje podejście do literatury i języka. I tu z lekka litania: prof. Jerzy Ziomek (4+ na egzaminie z teorii literatury – naprawdę osiągnięcie), prof. Alojzy Sajkowski – tu miłość dozgonna za wszystko (kiedyś opiszę moje spotkania z prof. Sajkowskim, bo to ciekawa historia), prof. Monika Gruchmanowa (4+ z historii języka, plus dodatki z gwary), prof. Maria Adamczyk, prof. Jarosław Maciejewski (4+ z historii literatury romantycznej – to się udało przez przypadek), prof. Ewa Wiegandt, prof. Bogdan Walczak, prof. Zofia Krążyńska, prof. Dobrochna Ratajczakowa (całe 5 z historii i teorii teatru), prof. Ewa Kraskowska (5 z teorii literatury) …. I tak dalej, i tak dalej… No i jeszcze jedna postać – prof. Edward Balcerzan – jedyna moja dwója na studiach i jedyna poprawka z literatury współczesnej. Lektur się nie przeczytało, stąd i to coś okropnego się wydarzyło, czego się do dziś wstydzę. Bez tych ludzi, bez wielu innych spotkanych na ukochanym uniwerku pewno dziś sadziłabym las jako robotnik sezonowy. Bo to, poza analizą tekstów literackich i generalnie pisaniem, umiem.

Sto lat święci mój, ale i nie tylko mój Uniwersytet – szkoła myśli, intelektu, przetrwania, szacunku dla autorytetów. Szkoła, która każdemu w tamtym czasie dała wiele, bardzo wiele. Uniwersytecie mój ukochany, następnych stu lat….