W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Darii, Mateusza, Wawrzyńca , 21 września 2019

Instytucje przygotowują się na strajk nauczycieli

2019-04-06

Choć rozmowy mają się odbyć jeszcze w niedzielę, to jednak na 99,9 procent można założyć, że protest się rozpocznie. Mamy i taty mają ból głowy, choć niektórzy starają się im pomóc.

O samym strajku pisać nie będę, bo co tu można odkrywczego napisać. Może tylko jedno słowo, od siebie. Mam za sobą dwa lata regularnej pracy w szkołach gorzowskich jako polonistka. Wiem, jak to wygląda, choć ja pracowałam w czasie, kiedy nauczyciele mieli jeszcze jakiś autorytet. Jakiś, choć daleko już było do czasów „Wspomnień niebieskiego mundurka” Wiktora Gomulickiego. Potem przez lata obserwowałam, jak autorytet pedagogów jest stale podważany i negowany przez kolejnych rządzących. Dlatego też, moim zdaniem oczywiście, w tym strajku chodzi o pieniądze, ale też jest to próba obrony powagi i autorytetu zawodu, który z definicji powinien się cieszyć autorytetem. Tyle egzegezy.

Z zaciekawieniem, ale i z wielką satysfakcją obserwuję w mediach społecznościowych deklaracje pomocy rodzicom w opiece nad małymi i maleńkimi w chwilach trudnych, jakim jest zawsze i z reguły każdy strajk. Kolejne instytucje deklarują, że pomogą w opiece nad małymi i maleńkimi, żeby rodzice mogli spokojnie pracować. Do tego trzeba dołożyć wzmożenie babć i dziadków, którzy także deklarują – publicznie, że zajmą się wnukiem i wnuczką oraz ich koleżankami i kolegami. To bardzo ważne obywatelskie wsparcie, ważny obywatelski gest. Bo tak zwyczajnie, moim zdaniem, trzeba. Trzeba się wspierać.

Ale zawsze jest pewne drobne ale. Co będzie, jak strajk potoczy się długo, nie dwa, trzy dni, a nawet kilka tygodni. Można tak zakładać, bo determinacja jest ogromna. Czy przez ten cały czas pracodawcom wystarczy siły, pomysłu i środków, aby się małymi i maleńkimi zajmować? Oby tak się stało. Ale ziarno wątpliwości jakoś tak kiełkuje. No cóż, pożyjemy, zobaczymy.

A teraz z drugiego kątka. Otóż archeo w mega wykopie w okolicach katedry znalazło coś niebywałego. Średniowieczny stilus, czyli przyrząd do pisania. Jak mówi sam Stanisław Sinkowski to wydarzenie bez precedensu. Odkrycie bez precedensu. Rzadkość i to wielka. A dodatkowo o wadze wydarzenia decyduje też i fakt, że stilus jest znakomicie zachowany. I teraz tak. Cały czas mamy, znaczy ja i inni regionaliści, nadzieję, że te średniowieczne relikty, które wyłażą co i rusz z ziemi, to jednak pozostałości kościoła św. Jana. I jak dla mnie odnalezienie tego stilusa może być dodatkowym potwierdzeniem, że ten kościół tam w tym miejscu był. Bo najpierw znaleziono naczynie na wodę, teraz przyrząd do pisania. Pierwsze znalezisko jest wprost związane ze świątynią. Drugie, może nie tak wprost, ale też. Bo kto w średniowieczu umiał czytać i pisać, zwłaszcza pisać? No tylko szalenie wykształceni ludzie, a przede wszystkim księża i ludzie związani z Kościołem. Bo jakby się tak przyjrzeć pocztowi władców polskich, to wcale nie jest aż tak oczywiste, że pisać i czytać umieli – w tamtych czasach, że podkreślę. Bo jakoś nie myślę, że Mieszko I umiał, co innego jego syn, Bolesław Chrobry. Jak siedział w areszcie w klasztorze w Quedlinburgu, to może go tam w tej sztuce podkształcili. Skoro nauczył się niemieckiego, którym zresztą władał świetnie, mógł też nauczyć się pisać i czytać. Pierwsi kronikarze polscy, zwani przeze mnie z lubością bajarzami, słów żadnych na temat akurat tych umiejętności pierwszych władców polskich nie napisali żadnych. Kronikarze – osoby duchowne, że podkreślę. Tak więc znalezisko stilusa niejako potwierdza tezę, że mamy do czynienia z pozostałościami kościoła św. Jana. No ja bym w każdym razie chciała, choć archeo jest cały czas sceptyczne. Zobaczymy, co jeszcze może wyjść z ziemi….

I z kolejnego kątka. Bo zwyczajnie muszę. Otóż dziś orkiestra Filharmonii Gorzowskiej wystąpi w Berlinie. W Ernst Reuter Saal w Berlin-Reinickendorf wykona La Traviata Giuseppe Verdiego. Całość poprowadzi Maestro Dariusz Mikulski, świetny dyrygent, ale i nie mniej znakomity waltornista. Maestro od wtorku ciężko pracował z orkiestrą. To po kilku latach jest pierwszy wyjazd orkiestry FG za granicę. Bo tylko przypomnę, w ubiegłym sezonie FG koncertowała w Legnicy oraz dwa razy w Szczecinie – w prestiżowych miejscach oraz ze świetnym repertuarem. Teraz czas na Berlin. Jadę znów do mojej ulubionej stolicy. Pogapię się z oddali na wieżę telewizyjną, bo czasu na zwiedzanie, choćby minutowe pocztówkowego Berlina nie będzie. Ale jak widać wieżę, to znaczy że się w Berlinie znów było. Jak było, oczywiście napiszę, ale nie w złośliwcu, a w zakładce Kultura. Bo takie rzeczy notować trzeba.

Ps. Bo zwyczajnie muszę. Zwrócił mi uwagę Uważny Czytelnik moich złośliwców, za co wdzięczna niezmiernie jestem, że moje słowa z tekstu wczorajszego można odebrać dwuznacznie. Chodzi dokładnie o passus: „Piotr Pytlakowski przedstawił bowiem drogę Staszka Czerczaka od miłego chłopaka z dobrego domu do naziola, ogolonego półgłówka w glanach i fleyerce, który nawet własnego sąsiada był w stanie na kopach roznieść za to, że był punkiem (jak ja go rozumiem….) i potem dalej do znów normalnego chłopaka, który miał siłę, podkreślam, miał siłę, wyzwolić się z oparów durnowatej i absolutnie skompromitowanej ideologii”. Mój wtręt w nawiasie można było zrozumieć, że rozumiem naziola. Otóż nie, ten wtręt odnosił się do punka, bo ja właśnie punka dokładnie rozumiałam i rozumiem. Rozumiałam wówczas i do dziś rozumiem ludzi, którzy bywali i bywają punkami. Bo oni, choć dziwnie wyglądali i wyglądają, są jak najdalej od –izmów wszelakich. Za brak precyzji, za skrót myślowy, jak się okazuje, zrozumiały jedynie mnie, przepraszam. I nie powiem, że ktoś wyrwał moje słowa z kontekstu i opacznie je zrozumiał. To ja w sposób mocno skrótowy i tylko dla mnie zrozumiały wsparłam punka. Wiem, że każde tłumaczenie zaciemnia obraz. Ale na swoje usprawiedliwienie niezbyt precyzyjnej wypowiedzi dodam tylko taki fakt. Jak w Jarocinie działy się festiwale rockowe, to skini – ci po stronie nazioli, chodzili jedną stroną chodnika. Punki, w tym ja, chodzili po drugiej. Między nami ówczesna milicja. Zawsze byłam po stronie punk. Do dziś tak mam, że staję po stronie słabszego. Nawet jak naprzeciw mnie staje ogolony półgłówek w glanach i fleyerkach, albo co gorsza w gajerze z mieczykiem Chrobrego w klapie. Zawsze. Za dezynwolturę informacyjną we własnym wydaniu bardzo przepraszam.