W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Kamila, Karoliny, Roberta , 18 lipca 2019

I nie ma wielkiego pnia, który sobie leżał nad Kłodawką

2019-04-11

Skręcona w chiński paragraf za sprawą chorego kręgosłupa, bardzo wolnym krokiem szłam wczoraj do domu. I nagle oko moje zarejestrowało ważną zmianę na ślicznym skwerku nad Kłodawką. Pnia nie było.

Przez dziewięć lat zwyczajnie się mocno przyzwyczaiłam, że pień starej topoli, która miała coś około 130 lat, leżał sobie na prawym brzegu Kłodawki. Leżał sobie w tym miejscu, w którym drzewo owo rosło. Pamiętam dokładnie sytuację, kiedy topola owa dokonała żywota. Siedziałam sobie spokojnie w domu własnym i czytałam coś mocno zajmującego, czyli biografię Fryderyka II Wielkiego domu Hohenzollern. W planach miałam lekturę porównawczą, czyli porównanie plotkarskiej i bardzo smacznej dlatego książki o władcy z książką prof. Stanisława Salmonowicza – drugą de facto polską polityczną biografią władcy. I już było dobrze, już witałam się z gąską. Żółte karteczki leżały, pióro także. Miał być czas na smakowitą, interesującą i nikomu poza mną niepotrzebną lekturę i przy okazji dobrą zabawę ze źródłem oraz quasi źródłem.

No i masz babo placek. Zadzwonił telefon i mój najbardziej przemiły znajomy, którego zresztą traktuję jak starszego brata, którego nigdy nie miałam, powiedział – leć nad Kłodawkę, topola się zawaliła. Mało co z tego komunikatu zrozumiałam, ale skoro przyjaciel – brat gada, to się robi. Poleciałam. I zobaczyłam dzieło zniszczenia. Widziałam też strażaków walczących z osami. Było to dokładnie w lipcu 2010 roku. Było mi straszliwie żal, że patrzę na śmierć drzewa, które wydawało się niezniszczalne. Jak baobaby w Afryce. Mało ja, więcej nas tam stało i patrzyło.

Potem wszyscy się ucieszyliśmy, że pień zostaje. I został. Potem troskliwe w tym przypadku ręce urzędników zabezpieczyły pień kratami, bo wszędobylskie dzieciaki właziły do środka. I tak sobie relikt wielkiego drzewa leżał. Przechodziłam tam czasami, dość często i widziałam, że jednak prawa natury są takie, a nie inne, że degradacja postępuje. I w końcu ktoś pień zabrał. Z jednej strony dobrze, z drugiej niedobrze. Dobrze, bo skoro próchniało, to trzeba, niedobrze, bo zginął materialny ślad po czymś naprawdę wielkim, co dawało cień, chód i wytchnienie oraz było ważnym znakiem. Absolutnie rozumiem tę decyzję, co nie znaczy, że nie jest mi żal. Mam tak, że się przyzwyczajam. Wcale się nie domagam upamiętnienia. Ale może dobrze by było, aby małą kosteczkę – mały kamyczek przy bardzo modnej obecnie ścieżce pieszo-rowerowej umieścić, że tu rosło naprawdę wielkie drzewo. Taki płaski. Czy się uda? Raczej nie przypuszczam. Ale dobrze by było.

A teraz z drugiego kąteczka. Marudziłam swego czasu na temat placu zabaw przy Filharmonii Gorzowskiej, na tych super fajnych pagórkach w centrum miasta, bo FG i owe pagórki są w centrum. Czas pokazał, że moje marudzenie było bez sensu, bo miastowi pokochali to miejsce. Naprawdę. A skąd o tym wiem? Ano stąd, że kątem oka ze swojego miejsca pracy widzę pielgrzymki zarówno przedszkolaków, ale i pojedynczych gorzowian z dziećmi. Mamy i taty, ale i dziadkowie, ale i szefowie świetlic idą na ten plac zabaw. Małe i maleńkie bawią się dobrze. Na tyle dobrze, że ciągle tam chcą wracać. Tak więc decyzja w punkt. Jedno albo dwa malusie niedociągnięcia jednak są – na już i natentychmiast miasto musi, MUSI ustawić tam ze dwa TOI TOIE, toalety, bo tego zwyczajnie brakuje. I co więcej, musi, MUSI zadbać o to, że owe tojtojki będą przynajmniej raz dziennie już, a jak lato nam się rozwinie, to dwa razy dziennie sprzątane. Byłoby znakomicie i super, gdyby miasto zainwestowało w toaletę samoczyszczącą, jakie można w Niemczech spotkać wszędzie. Ale nie myślę, że to się uda. Dlatego mały mój głos…. Miejsce super… Tylko te toalety. O kawiarence na czas lata nie wspomnę. Toaleta, jej obecność, na głowę bije obecność kawiarenki.

Ps. Bo tak mnie na myśl przyszło. Wielu z naszych rodziców, cioć, wujków, dziadków do Ameryki się wyprawiało. Wielu z nas cały czas w USA ma familię, która paczki przysyłała. A jeśli nie osobiście ktoś miał w rodzinie, to kolega lub koleżanka mieli. I dlatego tylko wspominam, że dziś mija 50 lat, pół wieku od chwili, kiedy w swój pierwszy transoceaniczny rejs wypłyną transatlantyk Stefan Batory. Płynąć na Batorym to było coś. Moja rodzina tym statkiem pływała. Ja nie zdążyłam, czego wcale nie żałuję, bo morze i ja znaczy katastrofa. Od pewnego rejsu zimą do Szwecji nienawidzę tego środka komunikacji. Ale pół wieku temu płynęli do USA i Kandy ludzie, którzy do dziś tam mieszkają. A wyszli stąd.

Ps. 2. Bo też muszę i przy okazji bardzo chcę. Na tę chwilkę – najserdeczniejsze i najszczersze życzenia na okoliczność 60 lat pani Hannie Śleszyńskiej. Jak się na panią Hannę patrzy, to zwyczajnie trudno przyjąć, że to 60. A dlaczego o pani Hani i jej urodzinach piszę? Ano dlatego, że pani Hanna Śleszyńska jest jednak bardzo mocno z Miastem związana. Bo tu, na cmentarzu przy Żwirowej leżą jej dziadkowie, bo tu wodą z Warty została ochrzczona, bo tu kibicowała Stali – w jakiś tam sposób, bo tu jako dziecko wiele szczęśliwych chwil spędziła. A dziś jako wybitna aktorka grywa wielką diwę operową w „Akompaniatorze”, znakomitym spektaklu, który dzieje się za sprawą Jana Tomaszewicza, dyrektora Osterwy. Pani Hanna – wybitna i ciekawa aktorka. Sto lat pani Hanno! Sto i dwieście w takiej dyspozycji teatralnej….