W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Anity, Elizy, Mirona , 17 sierpnia 2019

Jakoś nie ma chętnych na remont Przemysłówki

2019-05-07

Był przetarg i ani pół chętnego, nie mówiąc o całym. Wcale to dziwne nie jest, bo już całkiem sporo ludzi, w tym fachowców, nie ma złudzeń, co z tym drapakiem powinno się zrobić.

Ja osobiście od lat już bardzo wielu nie mam złudzeń. Nawet jak ta szpetota jeszcze w użytkowaniu była, twierdziłam, że najlepsze dla niej rozwiązanie, to wyburzyć, założyć rozsądny plan zagospodarowania dla działki i sprzedać w nadziei, że powstanie coś ładnego. Przemysłówka to zwykły drapak, który szpeci i tak niepiękne centrum miasta, które kiedyś było zwyczajnie ładne.

A teraz stoi w centrum, i nie ma pomysłu, co z tym zrobić. Bo kwestie przenosin tam miejskich instytucji kultury uważam za chybiony od samego początku. Może więc władza powinna posłuchać w końcu tych, co się na urbanistyce i pejzażu kulturowym znają i przystąpić do likwidacji szpetoty. Może w konsekwencji okaże się to lepsze i korzystniejsze dla miasta, aniżeli upieranie się przy trzymaniu tego czegoś przy życiu, a właściwie dziś wegetacji. Może w tym miejscu mogłoby powstać coś naprawdę ładnego i tylko przynoszącego chwały miastu? Ja oczywiście nie wiem, co to mogłoby być, bo ani architektem, ani urbanistą nie jestem. Ale w samym mieście mieszka sporo specjalistów właśnie w tych dziedzinach, może naprawdę pora wielka, aby ich posłuchać?

Teraz miasto chce powierzyć remont tego czegoś na zasadzie wolnej ręki, bo nie było chętnych w przetargu otwartym. I powiem tak, nie jestem zwolenniczką takich akurat rozwiązań. Jakoś nie mam zaufania do działań w przestrzeni miejskiej, publicznej, które nie są oparte na zasadzie jawnej i czytelnej dla każdego konkurencji. Skoro nie ma chętnych w takim rozdaniu, znaczy gra nie jest warta świeczki.

A teraz z drugiego, choć pobliskiego kątka. Otóż mija dokładnie 20 lat od chwili, kiedy w Alei Gwiazd zamontowano tablicę poświęconą Jerzemu Szalbierzowi. Jakby kto nie pamiętał, kim był Jerzy Szalbierz, to tylko przypomnę, że był znakomitym fotografem. Artystą. Pani Gąsko i ty Smoku Wawelski uwierzycie, że już 20 lat minęło od tej chwili…. Jak ten czas zaiwania, trudno w to uwierzyć. Byłam wówczas na Starym Rynku, kiedy odsłanialiśmy tę płytę. Zresztą jak i w przypadku wszystkich innych. Kilka razy zresztą byłam na Zaduszkach Artystycznych urządzanych przez dyrekcje Lamusa. Kilka razy szliśmy z Lamusa do Alei, a prowadził nas Lech Serpina ze swoimi skrzypcami. Leszek, skrzypce, ludzie kultury, płonące zniczki, kwiaty…. Obrazek jak z Marca Chagalla. Było wówczas coś magicznego w tych chwilach. A potem się wszystko połamało. Jaka szkoda, jaka wielka szkoda. Dziś nie ma Lamusa, jest coś okropnie bezosobowego z biurami, które mogłyby być wszędzie.

Połamała się też idea Alei Gwiazd. Mijają lata, nikt o niej nie myśli, a jak myśli i coś chce, jak dla przykładu umieszczenia w niej tablicy dedykowanej mojemu przyjacielowi Kazimierzowi Furmanowi, to natyka się na coś równie okropnego, czyli na mur urzędniczej niemocy i niechęci, jak i generalnie tumiwisizmu.

Nie bez kozery piszę o Alei i o tym, że coś fajnego się połamało. Nie jest żadną tajemnicą, że jestem licencjonowaną pilotką turystyczną oraz przewodnikiem miejskim. Trafiają do mnie oferty przewodzenia po Mieście. I w każdej, KAŻDEJ, zawsze pojawia się punkt – Aleja Gwiazd. Bo ta Aleja jest w każdej turystycznej wzmiance o mieście jako jedna z atrakcji turystycznych tego turystycznie trudnego miasta. Obserwowałam 1 maja zachowanie warszawskich turystów, których miałam okazję poprowadzić po mieście. Celowo nie mówiłam o Alei, ale jak weszliśmy na Stary Rynek, to po zachwycie Paukschmarie i innymi na już widzianymi rzeczami, turyści zaczęli fotografować tablice w Alei właśnie. I kiedy padło pytanie – a co to jest?, wówczas opowiedziałam o Alei. Ludzie ze stolicy byli zachwyceni.

A mnie ogarnął kolejny raz gorzki żal, że coś naprawdę dobrego, wcale niekosztownego, a interesującego poszło się dziobać. I powiem otwartym tekstem. Ja od pewnego czasu mam wybitny przesyt dotyczący pomników i rzeźb typu statua czy torso. Uważam, że zwyczajnie zbyt dużo ich się w przestrzeni publicznej pojawia (oczywiście poza rzeźbami ulubionego mego władcy Fryderyka II Wielkiego domu Hohenzollern, choć też ich wszędzie bym nie stawiała). Natomiast płyty pamięci w Alei Gwiazd jak najbardziej, jak najbardziej tak. Miłosiernie nie wspomnę, co warszawska wycieczka powiedziała o pomniku mego ukochanego prałata Witolda Andrzejewskiego przy Katedrze. Nie powiem, bo i po co. A choć absolutnie nie jestem religijna w żadnej wierze, to miałam to szczęście oraz niezbywalną przyjemność, że ksiądz Witold zaliczał mnie do grona swoich dobrych znajomych. Wiele razy się ze mnie śmiał, ale kilka razy zrobił dla mnie dużo. A nie musiał. Uwielbiałam księdza Witolda. Uwielbiałam się z nim sprzeczać w kwestiach teatru, bo On zawsze, w kwestiach literatury – bo on też zawsze, ale czasem ja też. Dlatego nie zacytuję, co o rzeźbie usłyszałam i nigdy tego nikomu nie powiem. Myślę jednak, że jakby ksiądz Andrzejewski mógł i chciał powiedzieć, to powiedziałby tak – no nie… tak to nie.

Ps. Dziś 53. urodziny obchodzi Wielka Ryba, jak zwykle mówię do Sławomira Sajkowskiego, wybitnego fotografa, którego mam szczęście oraz zaszczyt znać. Zwykle wspominam okrągłe rocznice, ale co tam. Zawsze można złamać zasady. W tym przypadku zwyczajnie trzeba. Sławek jest znakomitym artystą, autorem wielu wystaw, człowiekiem, którego świerzbienie mózgu gania po całym świecie. Wyprawia się w takie zakątki, o których ja myślę – no way. Tam nie, ja podróżnik, który się tylko psów boi, tak myśli. Sławek tam jedzie, po czym przywozi cudowne zdjęcia. Nie cukierkowe – które też umie robić, ale takie, przy których człowiek staje i myśli – no szlag jasny, jak mu się to udaje. No jak. Sajkowski to umie. Wiele lat temu wyżebrałam od Niego zdjęcie mistrza polskiej trąbki jazzowej – pana Tomasza Stańko. Mam. Bo Sławomir Sajkowski poza tym, że się wszędzie szwenda, to jeszcze robi znakomite portrety. Zdjęcia Sławka są rozpoznawalne, nie da się ich pomylić.

Ma to Miasto szczęście do ciekawych ludzi. Ciekawych, intrygujących, czasem drażniących. Do artystów, do tych, którzy jakoś na ten kurnik pozytywnie wpływają. Sławomir Sajkowski do nich należy. Jest laureatem między innymi Motyla, czyli Nagrody Kulturalnej Prezydenta Miasta za książkę – album „Gorzowianie XXI wieku”. Przejrzałam ją sobie znów na okoliczność urodzin Sławka i powiem tak…. Nikt w nowożytnej, czyli po 1945 roku, historii Miasta nad trzema rzekami nie zrobił niczego lepszego i ciekawszego, aby ludzi tu mieszkających pokazać. Ludzi ze świecznika, ale i zwykłych. Sto lat Wielka Rybo, sto lat chłopcze z kwiatami we włosach… Sto lat artysto. I jak nam się znów zdarzy gdzieś razem wybrać, to jak zwykle bądź Wielką Rybą…Jak wówczas w Bydgoszczy, kiedy fotografowałeś do mego albumu prace Andrzeja Gordona, albo jak ostatnio w Ołomuńcu, albo jak wiele lat temu w Pradze. Sto następnych dobrych lat, albo i dwieście…. Bo kto wie, ile tak naprawdę żyją i są twórcze Wielkie Ryby…. Ale tak po prawdzie, naprawdę już 53?