W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Cezarego, Marii, Zygfryda , 22 sierpnia 2019

O Gorzowie znów w telewizji, szkoda, że źle

2019-05-11

Wróciłam z Niemiec, włączyłam telepatrzydło, no i masz ci los. Znów patrzyłam na miasto, tym razem, a może znów kolejny raz było o nim źle.

Jakoś umykają mi informacje dotyczące lecznictwa. Poza tekstami dotyczącymi tego, jak świetnie mają w kraju osoby wyjątkowo ciężko chore, bo, cytując pewnego inteligentnego inaczej, one nie potrzebują pieniędzy (sic!), mało się skupiam na innych problemach. A tu masz ci babo placek z zakalcem. Okazuje się, że w lecznicy wojewódzkiej muszą zniknąć łóżka, ponieważ nie ma pielęgniarek. Jedna z pierwszych informacji dnia w oglądanej przeze mnie telewizji TVN. Składnie i zrozumiale rzecz całą tłumaczyła rzeczniczka szpitala. Pokazała i wytłumaczyła, na czym polega problem. Mnie przekonuje tłumaczenie, że choć lecznica robiła, co mogła, to pielęgniarek nie udało się zatrudnić. Nie udało się, bo pielęgniarek zwyczajnie brakuje. Od lat środowiska medyczne sygnalizowały, że będzie problem. Bo mało jest chętnych do ciężkiego, odpowiedzialnego i tak sobie, albo byle jak opłacanego zawodu. Wyjątkowo odpowiedzialnego zawodu, dodam. Te młodsze, znające języki uciekają na Zachód lub Północ albo i za ocean. W zawodzie w kraju zostają te starsze, które już idą na emerytury, lub za chwilę pójdą.

Rozumiem szpital. Rozumiem tę straszną sytuację. Natomiast zupełnie nie rozumiem postawy rządzących, którzy twierdzą, że rzecz cała leży w zarządzaniu szpitalem. Jest takie przysłowie, że z próżnego nawet Salomon nic nie naleje. I właśnie w takiej sytuacji jest gorzowska lecznica. Biedni chorzy i ich rodziny. Sytuacja staje się krańcowo okropna. Szkoda tylko, że rządzących stać jedynie na słowa o złym zarządzaniu, bo nie tu leży problem. No cóż, obawiam się, że będzie tylko bardziej okropnie.

I z drugiego kątka. Otóż poznałam fantastycznych nauczycieli, a właściwie nauczycielki. Bo w Berlinie byłam jako pilotka wynajęta przez zaprzyjaźnione biuro podróży dla wycieczki szkolnej, maluszków po prawdzie, która chciała do Legolandu i ZOO. Dla pilota bułka z masłem. Prosta rzecz – dowieźć, po drodze pokazać mijane lotnisko i samoloty, nauczyć liczyć w tunelach, potem, jak wystarczy czasu, pokazać z autokaru czołgi i armaty przy pewnym pomniku, a na koniec kupić bilety i przeprowadzić z punktu A do B, na koniec wsiąść do autokaru i wrócić. Tyle pilot.

Ale panie nauczycielki – to one zorganizowały tę wycieczkę, to one się maluszkami opiekowały, to one dbały, aby wszystko poszło sprawnie. I to w czasach, kiedy się nauczycieli obrzuca błotem i gada, że nic nie robią, bo przecież to pensum 18 godzin w szkole, to po prawdzie wypoczynek od domowego sprzątania jest. Powiem tak, każdemu, kto tak gada, dałabym tę i tak dobrze zorganizowaną czeredę pod opiekę i hajda z nimi do Berlina. Cały dzień wycieczka trwała. Nikt pań nie zmuszał, żeby ją przeprowadziły. Co więcej, nikt nie nawet nie nalegał. One tak mają, że wiozą te swoje dziecka w różne strony, nie tylko do Berlina. Podziw i szacunek. Panie nauczycielki i dziecka były ze szkoły w Deszcznie. Dzień wcześniej ta szkoła dostała nagrodę za działania innowacyjne. Tylko gratulować, że taka kadra tam pracuje.

Wiem, że takich pań jest bardzo wiele. Także w Mieście. Ludzie na nauczycieli gadają różne okropne słowa. Ale myślę, że nikt, kto tak o pedagogach bredzi, nie zdobyłby się na takie rzeczy dla swoich uczniów. Bo komu by się chciało targać czeredę dzieci – nie swoich, a uczniów, dbać o nich tak bardzo, martwić, że jedno się źle czuje, a któreś inne musi koniecznie coś. Komu z tych, co plują na pedagogów, chciałoby się stać w sklepie z pamiątkami czy klockami Lego i dbać o to, żeby to czy inne dziecko kupiło sobie jakiś drobiazg bez żadnego problemu? Znacie takich ludzi? Ja chętnie poznam.

Ps. A teraz czas na gratulacje. Na gratulacje Krystynie Zwolskiej, zwanej nie tylko przeze mnie Rodorem. Otóż Krystyna od lat zajmuje się fotografią uliczną. Ma na swoim koncie zresztą rozliczne wyróżnienia. Teraz zaliczyła sukces, bo jej zdjęcie znalazło się w ścisłej czołówce – jedno z trzech, że dopowiem, na ponad 900 nadesłanych w konkursie prestiżowej strony „Subiektywny wybór obrazów wg Bressonowskiej koncepcji decydującego momentu”. Konkurs nosił tytuł „zdjęcie, które Waszym zdaniem oddają idee decydującego momentu, które wzruszają, zmuszają do zadumy, które skupiają naszą uwagę, jednym słowem zdjęcia z których jesteście dumni i którymi chcecie się podzielić z innymi (maksymalnie trzy fotografie)”. Nagrodą jest książka „Krótka historia jednego zdjęcia” Jakuba Kuzy. Wielkie gratulacje. Wielkie. Na zdjęciu jest pani w jakiejś budce z ogromnym hot-dogiem, a na panią patrzy w nadziei pies. Tylko Krystynie przyszło do głowy, żeby obrazek uwiecznić. Gratulacje wielke!!!!