W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Anity, Elizy, Mirona , 17 sierpnia 2019

I w końcu dobry pomysł na centrum

2019-05-15

Magistrat upublicznił swoje plany co do Hawelańskiej ulicy. Ma być przyjaźnie, z minimalnym ruchem ulicznym, za to z czymś przyjaznym dla pieszych i turystów. Jestem jak najbardziej za.

Jaka szkoda, że kiedy magistrat planował budowany właśnie deptak w Sikorskiego, nie było nikogo, kto mógł Magistratowi podpowiedzieć, że to durna idea. Durna tym bardziej, że właśnie Hawelańska, od lat zamknięta dla ruchu samochodowego, jest zwyczajnie naturalnym deptakiem, którem tylko odrobinkę pomóc trzeba, a będzie deptakiem pełną gębą.

Mamy zatem taką oto sytuację – budowany deptak w Sikorskiego, deptak, który, moim zdaniem oczywiście, nigdy nie stanie się deptakiem, bo tam nie ma nic, co mogłoby sprawić, że ten kawałek starego, sięgającego czasów średniowiecza traktu użytkowego zostanie miejscem do łażenia. A taka jest podstawowa zasada deptaku. Kolejny raz powiem, że nie zamyka się starych, historycznych dróg, które przez stulecia były ważnymi szlakami komunikacyjnymi. I choć może w ostatnich czasach straciły na znaczeniu, bo obwodnice, to jednak ruch powinien tam się odbywać. Ja oczywiście chciałabym, żeby dorożkami i wozami konnymi, ale czas poszedł do przodu, więc niech sobie autka tam jeżdżą.

Dlatego z zainteresowaniem przyjmuję pomysł, propozycję, aby Hawelańska i kawałek Wełnianego Rynku stały się deptakami, miejscami rekreacji. Miejscami, gdzie będzie można przyjść, usiąść w kawiarence pod niebem. Co prawda, akurat w tamtych miejscach stale brakuje tego, co jest na deptakach europejskich. Brakuje malusich sklepów z tym, co jest charakterystyczne dla miejsca. Miasto nad trzema rzekami nie ma takich rzeczy. Bo i skąd ma mieć. Ale ma kwiaciarnie, lodziarnie, pierogarnie. Ma też bimbkę. I w końcu pomysł, żeby ten kawałek miasta jakoś w taki sposób ożywić. Ja jestem jak najbardziej tak za tym akurat pomysłem. Naturalny deptak, który sam się przez lata urodził, tylko wsparcia potrzebuje.

Wsparcia potrzebuje też i bimbka. Ten wagon, ten znak tramwajów miejskich, miejsce ulubione przez małych i maleńkich. Poszłam sobie wczoraj wczesnym wieczorem właśnie na Hawelańską i Wełniany Rynek. Doszłam do bimbki. I żal mnie się zrobiło. Bo bimbka opuszczona jest. Nic tam w środku nie ma. Zniknęły obrazki, plakaty. Ale też popatrzyłam sobie na ten tramwaj w generalności. Ponoć tubylcy kochają swoje miasto bardzo, bardzo mocno. To w takim razie niech mi ktoś zwyczajnie i po polsku, może też być po angielsku, jak i w staro-cerkiewno-słowiańskim (jak się mocno skupię, to zrozumiem), jak i po ukraińsku – też rozumiem, choć nie mówię, na czym do szlagu jasnego polega ta miłość. Na czym? Stałam bowiem przy bimbce i patrzyłam na mocarnie ograbiony ze wszystkiego tramwaj. Mam na myśli urządzonka do sterowania bimbką, urządzonka do dzwonienia, bo jak świat światem, bimbki, te stare mają tak, że dzwonią. Tam już nie ma nic. Wszystko, co można było zniszczyć, zostało zniszczone. Zostały jakieś ułomki. Ułomki, których nie da się zniszczyć. Ponoć gorzowianie najbardziej na świecie kochają swoje miasto, że powtórzę. Doprawdy? I tak wszyscy ci zakochani zgadzają się na taką dewastację? Podobnie jest z rzeźbkami Edwarda Jancarza, Szymona Giętego, Pawła Zacharka.

Od jakiegoś czasu zwyczajnie wątpię w tę miłość do miasta. Gadać każdy potrafi. Zrobić coś – to już rzadkość. No cóż.