W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Bernarda, Sabiny, Samuela , 20 sierpnia 2019

No i znów Książnica mnie pozytywnie zaskoczyła

2019-06-07

Od jakiegoś dość długiego czasu mam w domu pewną ważną dla mnie książkę, z której korzystam, a która jest w zasobie biblioteki wojewódzkiej. Karnie ją przedłużam w nadziei, że nikomu nie będzie potrzebna.

Najpierw był chaos, potem z chaosu wyłoniło się słowo. Potem trochę nic nie było, aż w końcu z resztek chaosu wyłonili się ludzie, którzy posiedli sztukę czytania i pisania. Czyli ci, co umieli zapisać słowo, a potem je odczytać. No i jak już tę sztukę posiedli, to dawaj pisać, pisać, pisać. A potem chaosu już nie było, ale za to pojawili się bibliotekarze, którzy ten napływ literatury wszelakiej zaczęli ogarniać, porządkować, katalogować i udostępniać. Egzegezę dedykuję właśnie bibliotekarzom.

Biblioteka wojewódzka jest moim matecznikiem. Tam idę, kiedy potrzebuję czegoś, jak nie ma, to książnica ściąga dla mnie oczekiwaną książkę dzięki wypożyczalni międzybibliotecznej. Mówią, po co ci biblioteka, net wystarczy. Otóż nie. Tam jednak wszystkiego nie ma. Dlatego korzystam z zasobów, i całkiem jestem zadowolona.

Od jakiegoś pokaźnego czasu biblioteka, a właściwie jej system, informuje mnie, że upływa czas i muszę oddać książki, bo zapłacę karę. Informuje mnie, że nie mogę przedłużyć jakiegoś tytułu, bo ktoś zarezerwował tytuł, jak również, że oczekiwana przeze mnie książka jest już dostępna. Do tego byłam przyzwyczajona i przyznam, że mocarnie mnie to życie ułatwia. Ale zupełnie nie spodziewałam, że Książnica będzie mnie informować o ruchach na moich czytelniczych kontach. A mam ich kilka. Wróciłam z biblioteki, otworzyłam net i tu proszę – informacja o tym, że byłam, że przedłużyłam tę ważną dla mnie książkę. Stan konta pokazuje, że mam ja od dłuższego czasu, karnie i o czasie przedłużam. No coś fantastycznego.

Kolejny raz, tym razem od strony mojej osobistej Książnica mnie zaskoczyła. I to bardzo pozytywnie. To jest niezwykłe, że można sobie przypomnieć różne lektury, jakie się miało i ma na koncie. To taki niby drobiazg, a jednak wcale nie drobiazg, bo czasami trzeba wrócić do tytułu, i masz, informacja jest. Jak dla mnie super sprawa.

A teraz z drugiego kątka. Też Książnicowego będzie. Otóż spotkałam wczoraj przemiłą znajomą, też bibliotekarkę, Agnieszkę Pospieszną, która jest kierownikiem Informatorium, szefową Galerii w Gablotach, ale też Punktu Informacji Turystycznej. Od kilku lat, jak się sezon turystyczny zaczyna, zwykle pytam Agnieszki, jak tam z turystami zmierzającymi do Miasta jest, słyszę, przyjeżdżają. Pytają. Szukają. Tym razem sezon na dobre jeszcze się nie rozhulał, a już jadą ludzie do Miasta. Tym razem nawet nie zdążyłam zapytać, a Agnieszka sama mnie z radością poinformowała – Wiesz, byli dzisiaj ludzie z Hiszpanii. Pytali o miasto. Oni mówili po angielsku, więc się dogadaliśmy. Ale przykre było to, że nie bardzo miałam im co dać.

No właśnie. Jadą ludzie do miasta. Agnieszka miała wczoraj turystów z Hiszpanii, a ja zapytanie o przewodnictwo dla turystów z Kielc po mieście. Miało być na dziś, więc zupełnie nie mogłam pomóc. Obowiązki zawodowe przede wszystkim. Ale mimo mego labidzenia, narzekania i wyrzekania, jednak jadą ludzie do miasta. Może czasem mimo by, może przez przypadek, ale jednak się pojawiają. Szkoda bardzo, że Miasto jakoś nie dostrzega konieczności zadbania o informację – o mapki, uloteczki, rzeczy przydatne turystom. O tym, żeby stworzyć bazę przewodników, ludzi, którzy mogą poopowiadać o mieście, poprowadzić po nim też. I wcale nie mam na myśli siebie. Mam na myśli tych kilka osób, które mogą to robić. Ile stworzyć bank danych – telefony i maile, ile zainwestować drobny pieniądz, bo w skali takiego miasta to jest drobny pieniądz właśnie w zadbanie o takie informacje – baza, do tego stale uzupełniana oferta dostępnych materiałów dla turystów. Tu nie chodzi o wypasione albumy, ale o coś mocno przydatnego, jak wspomniane mapki i folderki, materiały, które można wziąć, a potem zabrać ze sobą (jak ja), albo bez żalu zostawić. Szkoda, że o tym się nie myśli. A czas najwyższy, żeby jednak to zrobić.

I tak płynnie przeszłam do trzeciego kątka. Otóż do Miasta dopłynęli ciekawi kajakarze. Kajakarze, którzy wypłynęli z jeziora Lipie w Długiem. To był spływ, który miał udowodnić, że drogą wodną uda się osiągnąć Miasto, a potem i sam Bałtyk. Do Gorzowa dowiosłowali ludzie z Urzędu Miasta w Strzelcach. Na początku szlaku machał z nimi wiosłami sam pan burmistrz Strzelec, Mateusz Feder. W Gorzowie po coś około setki kilometrów ich witał. Chodziło o to, żeby pokazać, że można, że się da. Że szlak otwarty. Jakoś tam otwarty, bo baz po drodze nie ma, ale jak znam Santok, to będzie. Mateusz Feder mówił, że to kolejny sposób na promocję Strzelec i gmin obok. A jak do tego dodać masę ciekawych informacji o tym mieście – właśnie w postaci megaabsolutnieciekawych folderków, to tylko zazdrościć, że tak można. Promocja przy machaniu wiosłami po jeziorach a potem po rzekach chyba i na pewno się udała, bo o spływie mówią wszyscy. Powiem tak. Ja, spieszony turysta, chyba też chcę pomachać wiosłami. A mnie ze szlaku turystycznego pieszego przestawić na mokry kapokowy to jednak wyczyn.

Zwyczajnie zazdraszczam Strzelcom tego, jak pięknie, jak w różny sposób promują swoje miasto. Może warto zapytać Mateusza Federa, skąd do głowy mu przychodzą takie pomysły. A zgapić jednak warto. Zgapić i jednak zapytać.