W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Celiny, Ireneusza, Niny , 15 grudnia 2019

Nawałnice nad miastem coraz bardziej mnie przestraszają

2019-06-13

Nigdy nie lubiłam burzy, nawet niezbyt dużej. A teraz te nawałnice powodują, że siedzę mocno zestrachana we własnym domu.

Po chłodnym maju miałam nadzieję, że może jednak nie będzie aż tak strasznie, jak przepowiadacze przepowiadają. A tu masz ci Babo placek. Nie dość, że jest straszliwie gorąco, to jeszcze ten dopust w postaci nawałnic. Uwielbiam deszcz, lubię, jak pada, ale nienawidzę burzy, wyładowań, grzmotów i tego wszystkiego.

To, co się wydarzył w nocy we wtorek, przeszło moje wyobrażenia. Choć w centrum grad wielkości piłek golfowych nie padał, to jednak było strasznie.

I wczoraj, gdziekolwiek nie poszłam, a nie byłam w wielu miejscach, bo zwyczajnie nie dałam rady, ludzie mówili tylko o nawałnicy. Znajomi opowiadali o szkodach, jakie ponieśli. Komuś grad zniszczył meble ogrodowe, ktoś inny ma podziurawiony samochód, komuś nawałnica zniszczyła dach. No cóż, rzadko, albo jak do tej pory wcale nie padały z nieba grudy lodu wielkości piłek. Z tym trudno dyskutować. To anomalia pogodowa, nikt na to nie ma wpływu.

Ale na to, że miasto płynie w sensie dosłownym za każdym większym deszczem, a w ostatnich dniach wydarzyło się to już kilka razy, miasto powinno mieć wpływ. A to za sprawą czynnej i drożnej kanalizacji burzowej oraz sensownej gospodarki wodnej. Co mam na myśli? Ano to, że podczas remontu choćby ulicy Dąbrowskiego, czyli tam, gdzie zawsze po dużym deszczu się tworzy coś na kształt Morza Śródziemnego zlikwidowano wymyślony jeszcze przez Niemców skuteczny system gromadzenia właśnie takiej wody z nieba. Nie wiem, czy Landsberg trapiły takie nawałnice, ale dla poprzednich inżynierów od wody i kanalizacji ważną rzeczą był akt, że opodal jest park Siemiradzkiego i woda dawała z góry. Nie wiem, co zrobiono przy Jagiełły, że tam też tworzy się kolejne Morze Śródziemne. A jeszcze inną rzeczą jest fakt, że miasto totalnie nie dba o udrożnianie kanalizy odprowadzającej wodę z nieba, studzienki są permanentnie zapchane, co widać, kiedy pada i nie jest to woda typu armagedon. Kolejną rzeczą jest także wycinanie drzew pod nie wić co. O betonowaniu i układaniu płyt chodnikowych bardziej pasujących do bunkrów nie wspominam.

A przecież ci wyśmiewani ekolodzy od lat głośno mówili, czym grozi takie postępowanie. Przestrzegali, że likwidowanie w miastach oaz zieleni, wycinanie drzew, układanie wszędzie chodników z płyt to droga donikąd. Znaczy do armagedonu właśnie. I co? I okazało się, że nie są ani durni, ani nawiedzeni, tylko mieli rację. Wypadałoby przeprosić.

A wczoraj, wczesnym popołudniem piknął sms z informacją, że szykuje się kolejna nawałnica. No i znajomi w te dyrdy polecieli przykrywać własne autka kocami, kartonami i czym się tylko dało. Bo jak nie dajcie bogi wszelakie znów z nieba polecą piłki do tenisa, t jest szansa, że jednak dziur nie narobią. Jednym słowem – nowa świecka tradycja powstała w trakcie kilku dni. Jak nie masz garażu, to choć miej na podorędziu coś, czym autko można przykryć.

Takie czasy, co zrobisz…

Ps. Szczególne podziękowania w powyższej kwestii należą się miastu, które wpadło na pomysł deptaku przy magistracie. Powstaje coś straszliwego, założona grubymi kamiennymi płytami przestrzeń bez odrobinki zieleni. I to jest wspak trendom na zachodzie. Tam już takich betonowo-kamiennych placów od dawna się nie robi. Bo nawet bruk jest lepszy, aniżeli ponura, ciężka, kamienna pustynia w centrum miasta. No cóż. To właśnie takie kamienne pustynie generują ciepło, działają jak termos. W dzień się nagrzewają do nieprzytomności, w nocy teoretycznie powinny to ciepło oddawać, ale jak mają oddawać, kiedy nocą jest powyżej 20 stopni Celsjusza. Biedni okoliczni mieszkańcy.