W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Jadwigi, Leonarda, Teresy , 15 października 2019

I znów kolejny rozdział o Przemysłówce

2019-06-17

Miasto nie odpuszcza, miasto ma nadzieję, że uda się wyremontować Przemysłówkę, ten paskudny relikt dziwnego myślenia, że jak staną w historycznym centrum takie budynki, to choć trochę Katedrę zasłonią.

Miasto ogłosiło kolejny przetarg na remont Przemysłówki. Bo jak do tej pory nikt chętny się nie zgłosił. Nie wypalił też pomysł, aby wyłonić wykonawcę z tak zwanej wolnej ręki. Zwyczajnie się nie udaje. Cóż, trudno się dziwić. Przecież to szkieletor jest okropny. Bywałam tam w czasach, kiedy we wszystkich pokoiczkach ktoś urzędował. Papierki przekładał i pieczęcie przystawiał. Bywałam tam potem, kiedy już tylko prywatne biura się mieściły. Nigdy to nie był dobry budynek dla nikogo. Zwłaszcza dla ludzi tam pracujących.

A teraz patrzę, jak na schodach wiodących do szkieletora siedzą sobie różni ludzie. Albo sobie coś tam popijają, albo nic nie robią.

Jestem jak najdalsza od niszczenia śladów przeszłości, ale akurat w tym przypadku uważam, że najlepsza rzecz, jaka mogłaby ten budynek spotkać, to zwyczajnie go wyburzyć, działkę posprzątać i sprzedać prywatnemu deweloperowi – oczywiście przy bardzo ostrych warunkach brzegowych zagospodarowania. Powinno powstać niskie, nowoczesne budownictwo nawiązujące do otoczenia. Nowe, funkcjonalne, może biura, może inne lokale użytkowe, może apartamenty – cokolwiek, a nie kostka z milionem malusich biureczek i ewentualnie doczepioną siedzibą Miejskiego Centrum Kultury. Dlaczego nie MCK, choć akurat tej instytucji siedziba jest mega potrzebna? Ano nie, bo jak się popatrzy na różne plany, to trzeba wyciąć drzewa na sąsiednim skwerku. Bo na potrzeby MCK musiałaby powstać sala widowiskowa i trochę funkcjonalnego zaplecza. A co za tym idzie, trzeba wyciąć drzewa i krzaki.

Przemysłówka nie ma żadnych ciekawych konotacji historycznych. Nie jest absolutnie żadnym budynkiem, który należałoby chronić z punktu widzenia właśnie historii czy też z punktu widzenia kultury, pejzażu kulturowego. Więcej, jest reliktem okropnego myślenia epoki ancien regime’u, który zakładał obudowanie Katedry takimi szkaradzieństwami. Miały one zasłonić Katedrę, bo jej się nie dało wyburzyć, aby Miasto jawiło się jako nowoczesne. Powstał jeden potworek, dziś stojący w centrum jako niemy wyrzut sumienia głupoty czasów minionych. Nikomu nie potrzebny. Absolutnie nieużyteczny. Jednym słowem, do rozbiórki.

I na chwilkę wrócę do drzew i krzewów. Dziś od jakiegoś czasu, od kilku zaledwie dni furorę robi określenie betonoza. Odnosi się ono do miejsc, które kiedyś, całkiem niedawno były jednak zielone. A stały się betonowymi, za sprawą zmiany klimatu rozpalonymi pustyniami w centrach miast wielu, miejscami przywalonymi betonem, płytkami, granitem, czymkolwiek. Wycięto drzewa, zlikwidowano krzewy. Stało się piknie – jak mawiają górale. W rzeczywistości stały się piekielnymi miejscami bez życia, bez ludzi. Generującymi temperaturę. Media społecznościowe za ostatnie trzy dni zalał potok zdjęć takich miast straszących. To potworne znaki ludzkiej głupoty. Piszą o tym ludzie, którzy tam mieszkają. Ja dołożę swoje dwa przykłady – powstający obecnie deptak przy Magistracie oraz to, co dzieje się na przebudowie Sikorskiego. Kamienne, ciężkie płyty, bez zieleni, bez życia, nagrzane do mega temperatury. Nagrzane przez słońce płyty parzą w nogi, nocą oddają ciepło. No piekło na ziemi. Drugim przykładem, na który ja patrzę ze zgrozą i niejakim wstrętem jest rynek przy ratuszu w Skwierzynie. Dokładnie to samo – kamienna, paskudna pustynia. A kiedyś tam było jednak ładniej.

Każdy, kto w  obecnej sytuacji klimatycznej zdecyduje się na wycięcie choćby jednego drzewa, jest barbarzyńcą. Każdy. I żadna przebudowa, żadna ścieżka rowerowa, żaden remont jakiejkolwiek Przemysłówki nie jest tego wart. Wycinanie drzew obecnie to więcej niż barbarzyństwo. To krok ku zagładzie obliczonej na następne 30 lat. Zagładzie nie pszczół, nie komarów, nie krówek, ale ludzi.

I z trzeciego kąteczka. Trzeba było pojechać do Berlina, żeby się dowiedzieć, że w Niemieckim Muzeum Historycznym, tuż obok Wyspy Muzealnej jest wystawa dedykowana Marie Juchacz. Jak chce wiki, Marie urodziła się 15 marca 1879 roku w Landsbergu, zmarła 28 stycznia 1956 roku w Düsseldorfie. Była niemiecką socjalistką, politykiem (bo z dużą podejrzliwością patrzę na formy feminatywne w języku) Socjalistycznej Partii Niemiec SDP. Była w zarządzie tej partii od 1917 r., działaczka społeczna. Była pierwszą posłanką, która wygłosiła mowę w Reichstagu. Miała trudne życie, była tą Niemką, która aktywnie i bardzo mocno zwalczała nazizm. Przed reperkusjami, w tym przed nieuchronną śmiercią uciekała do Francji, a potem do Stanów. Po wojnie wróciła do Niemiec i robiła to, co robiła zawsze. Zajmowała się polityką społeczną, walczyła z wykluczeniami. Zawsze na celu miała robotników i ich rodziny. Walczyła o ich prawa.

Powiem tak, byłam wzruszona, kiedy dwa dni temu patrzyłam na Jej podobiznę w Berlinie. Byłam wzruszona, kiedy myślałam o tym, że ona z tego miasta. Z Landsbergu/Gorzowa. I byłam nadal wzruszona, kiedy myślałam sobie, że mamy akurat po Marie Juchacz widomy ślad. Jej imię nosi Dom Pomocy Społecznej przy ulicy Podmiejskiej Bocznej. Myślę sobie, że ona sama też byłaby wzruszona, że właśnie DPS nosi jej imię. Zawsze pomagała tym, którzy pomocy potrzebują.