W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Ady, Aleksandra, Dagmary , 12 grudnia 2019

Lato się zaczęło, harcerzy wywiało do Łukęcina

2019-07-05

Od zawsze, no prawie od zawsze gorzowscy harcerze wyjeżdżają na lato z miasta. Zwykle w kierunku na Bałtyk, czyli do bazy w Łukęcinie. Tak i też zrobili tym razem.

Nie wiem, od jak dawna, ale od bardzo dawna gorzowscy harcerze jeżdżą nad Bałtyk do stałej bazy w Łukęcinie. Jakby tak zadać gorzowianom pytanie, kto tam był – to niemal wszyscy. Bo albo sami spędzali lato w namiotach w rzadkim lasku w pobliżu plaży, albo wizytowali własne dzieci na obozie, albo jechali jako wizytujący zaprzyjaźnionych, którzy tam właśnie odpoczywali. Myślę, że niezbyt wielu w Łukęcinie nie było.

Jakby się tak dobrze zastanowić, to do znaków wspólnych dla gorzowian obok Stilonu, Lubniewic oraz żużla z powodzeniem można dodać właśnie Łukęcin. Jeszcze kiedyś było Długie, ale to było kiedyś, bo bazy harcerskiej tam już nie ma, ale za to pojawiły się nowe miejscówki, do których gorzowianie tam właśnie jeżdżą. Niech więc będzie i Długie.

Wracam do Łukęcina. Wracam mentalnie, bo od lat tam nie jeżdżę, choć trochę czasu tam spędziłam. Co zresztą dziwne jest, bo za Bałtykiem absolutnie nie przepadam, za plażami jakimikolwiek jeszcze bardziej nie. Ale bywałam tam i wiem, że sporo gorzowian też. No i właśnie kolejna ekipa harcersko-różna znów tam spędza wakacje. I bardzo dobrze, bo wakacje tam to zawsze był dobry sposób na chwilki ciekawie spędzane. Tam zawsze się coś ciekawego dzieje. Dbają o to instruktorzy, ludzie, którzy przeszli wszelkie stopnie wtajemniczenia. To program. Ale dla dzieciaków zawsze intrygującą rzeczą jest zamieszkać na kilkanaście dni w namiocie, postać na warcie, pomóc w kuchni. Sprzątanie – no nie, tego nikt nie lubi. Ale i to robić trzeba. Sama do dziś pamiętam z moich rozlicznych pobytów w Łukęcinie jeden z moich dyżurów jako instruktorka. Padał deszcz. Trzeba było nakarmić całą ferajnę, a potem zwyczajnie posprzątać. Latałam z garami, a potem ze ścierką. Deszcz lał, dzieciaki jeść dostały. Potem trzeba było ruszyć do sprzątania. Daliśmy radę. Zresztą takich wspomnień z Łukęcina mam cały wór. Oczywiście nie tylko ze sprzątania w deszczu.

Dziś oni tam w Łukęcinie trochę plażują, trochę ganiają po lesie, a trochę się lenią. Potem wracają do Miasta i zwyczajnie zaczynają tęsknić do Łukęcina. Potem odchodzą od harcerstwa, co naturalną rzeczą jest, ale do Łukęcina w pewien sposób tęsknią. I wracają – jako już dorośli.

Łukęcin – mała wioseczka z namiotami zagubionymi w rzadkim lasku. Miejsce magiczne i cały czas intrygujące. Dobrze się dzieje, że jednak jest. Że kolejne pokolenia gorzowskich dzieciaków mogą tam pojechać i przeżyć coś na kształt przygody. Bo dziś, w czasie, kiedy się jedzie z rodzicami lub dziadkami na letnisko w hotelu, spanie pod namiotem i służba staje się przygodą, coraz trudniej dostępną, ale jednak przygodą. Dlatego twierdzę, że Łukęcin i baza harcerska właśnie tam jest znakiem. Lato się zaczęło, harcerze wyjechali z miasta. I dobrze. Dobrego odpoczynku druhny i druhowie oraz ty dziatwo, która w mundurach nie chadza, a jednak dane ci było tam pojechać.

A teraz z innego kątka, choć też wakacyjnego. W mojej ulubionej Książnicy zobaczyłam zadziwiającą, ale przy okazji mnie mocno zachwycającą wystawę. Mam na myśli ekspozycję w Galerii w Gablotach animowaną przez Agnieszkę Pospieszną. To tym razem prezentacja butów. Nosi ona tytuł „Bucik nie do chodzenia” i jest prezentacją niezwykłej kolekcji turysty i trampa pana Władysława Pachowicza z PTTK Ziemia Gorzowska. W Gablotach można zobaczyć wiele różnych butów, właśnie takich, w których się nie da chodzić, a które potrafią zachwycić. Bo są to buciki różne – breloki, kieliszki, kufle, butki z fajansu, holenderskie saboty w wersji mini z fajansu właśnie. Butków dużo, różnych, coś ponad setka, choć kolekcjoner ma ich znacznie więcej. Agnieszka zadbała, aby kolekcję uzupełnić o książki z butami w tytule, i tu też kolorowy zawrót głowy, bo jak wszyscy znamy „Historię żółtej ciżemki”, to wielu innych książek butowych nie.

Snułam się wokół Gablot długą chwilkę. Gapiłam się na te buty, które absolutnie nie są do chodzenia, ale do innych rzeczy jak najbardziej i myślałam sobie o moich butach turystycznych. O brązowych pionierkach ze skóry, które spaliły się w pewnym ognisku, o błękitnych butach firmy Chiruca, które rozpadły się ze starości i zmęczenia po wielu kilometrach, które w nich przeszłam, o kolejnych butach z Chiruki, które okazały się nieporozumieniem i w końcu o sandałach z kilku pasków, które zdały egzamin w deszczowej Japonii.

My, turyści, tak mamy, że buty to dla nas coś mega ważnego. Bez nich nic się nie udaje. Ale jak do tej pory nie wiedziałam, że butki różne, wcale nie do chodzenia, można kolekcjonować. Turyści, dziwna ludzia. Jedni kolekcjonują odznaki, inni mapy i przewodniki, jeszcze inni coś innego. Ja kolekcjonuję kilometry, mapy, przewodniki – coś z dwa metry na półkach ich mam oraz magnesy (zaprzyjaźniona brać pilocka się ze mnie i moich magnesów śmieje, co zrobić).

Warto zajrzeć do Książnicy, aby w Galerii w Gablotach zobaczyć tę niezwykłą kolekcję. Warto. A potem się zastanowić i pomyśleć o ulubionych własnych butach oraz o drogach, które się w nich odbyło…. Gratulacje Agnieszka, gratulacje Książnica. Na lato, na początek wakacji kolekcja super. Może kogo natchnie na wycieczkę. W sandałach, pionierkach, pepegach, kamaszach, butach od Chiruki, od Dachsteinu, włoskich szpilkach, holenderskich sabotach, w czymkolwiek, ale zawsze gdzieś tam – blisko, daleko… Znaczenia nie ma. Wszędzie jest coś do zobaczenia. Nawet boso. Książnica kolejny raz pokazała, że czuje bluesa. Tym razem turystycznego. A jak wakacje, to jak nie myśleć turystycznie? Bez butów się zwyczajnie nie da. Sayonara zatem.

Ps. Bo zwyczajnie muszę. Otóż przed laty kilku/kilkunastu już (?) buty pojawiły się w mieście za sprawą znakomitego artysty, który zechciał być nauczycielem i tu mieszkać. Mam na myśli Władysława Grocholę i prace jego uczniów – homage a la Vincent van Gogh. Wystawa była w Spichlerzu a napisał o niej w ni mniej, ni więcej a w „Gazecie Wyborczej” mój prześwietny znajomy Włodzimierz Nowak… Takie buty oto były i będą.