W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Filipa, Halki, Melanii , 22 października 2019

No i definitywnie skończył się urlop

2019-07-08

Wakacje się dopiero zaczęły, a ja już po urlopie. Co prawda, moje wakacje to była podróż marzeń i więcej niż podróż marzeń. Teraz to już tylko praca.

Każdy musi odpocząć. Nawet jak się wybiera na absorbujące wakacje, które są w istocie męczące, to jednak taki reset jest potrzebny. Nabiera się z lekka dystansu do tego, co tu teraz. Ale i do wielu innych rzeczy. Inna sprawa, że mnie wystarczy pojechać nawet do Kostrzyna, aby mówić o resecie. Tym razem pojechałam naprawdę daleko. Ale dobre i daleko się skończyło. Teraz czas na pracę i tylko pracę przyszedł. Mam nadzieję, że mordercze fale upałów już nas nawiedzać nie będą. Będzie raczej ciepło i chłodnawo niż gorąco i bardzo upalnie. Jak nie, też trzeba będzie dać radę.

A propos gorąca. Oglądałam u rodziców efekty gorąca. Wypalone trawniki, uschnięte drzewa. A potem ze zdumieniem oglądałam zaległe informacje – dla mnie zaległe, o koszeniu trawników do korzeni w trakcie upałów. O wycinaniu drzew, bo potrzebne są grunty pod nie wiedzieć co. O planach na kolejne wycinki. I włos mnie się ten nieliczny, co go mam na głowie, maksymalnie jeżył. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, jak można w dobie klęski klimatycznej niszczyć cokolwiek zielonego, choćby trawki chodnikowe, o drzewach nie wspomnę. Wiem, wiem, płyta się u mnie zacięła. Co zrobić. Bez zielonego nas nie będzie, po prawdzie, prawie już nas nie ma.

Dlatego mam nadzieję, że jednak w magistracie pójdą po rozum do głowy i jednak imprezy motorowej na terenach jeszcze zielonych za Wartą nie będzie. Tylko przypominam, że niemal lub już dwa tygodnie temu zaniosłam w tej sprawie pismo do magistratu. Odpowiedzi nie dostałam, więc jak już raz awizowałam, przypomnę się w tym tygodniu kolejny raz. I jak zapowiadałam, pismo pierwsze oraz nowe drugie dostaną wszyscy radni. No cóż. Może to upierdliwe, przepraszam za określenie, ale nic innego mi nie pozostaje. Ja nie chcę się smażyć w ukropie. Będę o to walczyć. O zieleń będę. Jeśli przegram, cóż trudno. Ale potem nie będę miała poczucia grzechu zaniechania, poczucia tego, że mogłam coś zrobić, a nie zrobiłam, tylko sobie popisałam na Facebook. Bo na FB też pisać będę. Jak powiedziałam, urlop się skończył…

A teraz z innego kątka. Otóż dowiedziałam się, że szykuje się wielka feta, no może jakaś taka duża z okazji 120-lecia tramwajów w Landsbergu/Gorzowie. Ma być piknik dla mieszkańców, ma być coś jeszcze. Dla mnie COŚ byłoby, gdyby na tę rocznicę bimbki pojechały po swoich trasach. Jak na razie to się chyba nie szykuje. Bo jak szłam z dworca kolejowego z upiornie ciężka walizą, to nic nie wskazywało, żeby do 27 lipca bimbki mogły pojechać. Cały czas ten sam stan. Rozkopane do imentu miasto. Przejście z walizą, nawet na kółkach, tego fragmentu miasta – tor prawdziwie torturowaty. Kto mi nie wierzy – pożyczę moją walizę – na kółkach ona ci jest - i dawaj niech się niedowiarek przedziera. Do walizy włożymy 23 kg różnych bambetli, żeby doznanie prawdziwe było. 23 kg, bo tyle przywiozłam z Japonii. Tyle można w samolocie bez dopłaty za nadbagaż przywieźć.

Dlatego też fetę z okazji urodzin bimbek odbieram w kategorii z lekka farsy. Farsą nie byłyby urodziny tramwajków i tramwajarzy oraz historyków miejskiej komunikacji, gdyby one sobie, tramwajki znaczy, spokojnie pomykały po torach. W „piątce”, tej starej, czerwonej, zgrzytającej i dzwoniącej na zwrotnicach siedziałby sobie Robert Piotrowski i do zdarcia gardła własnego opowiadał o komunikacji miejskiej, wskazywałby ciekawe z punktu widzenia komunikacji właśnie fragmenty miasta. Na drugiej ławce siedziałby redaktor Jerzy Zysnarski i też by opowiadał. Wiem, plan nie do pogodzenia, ale jakby ciekawie było. Każdy mieszkaniec jechałby sobie bimbką, potem poszedłby na fiestę. Dostał okolicznościowy stempel na okolicznościowym bilecie – takim do albumu albo nie wiem do czego. A na koniec każdy mógłby sobie połazić po zajezdni, pogapić się na różne tramwajki, jakie po mieście jeździły a jeszcze tu parkują. Rzecznik MZK, pan Marcin Pejski służyłby formacją o każdym – a że może, to wiem, bo należy on do tych, którzy estymą wielką darzą bimbki. Zresztą w Miejskim Zakładzie Komunikacji znajdzie się wielu takich, którzy potrafią o tramwajach opowiadać takie rzeczy, jakich nikt do tej pory nie opisał. Trochę starych tramwajarzy, którzy do pracy z tytką z kanapkami i butelką słodzonej herbaty latali, jeszcze się znajdzie. Oj chciałaby się bardzo mocno. A co będzie? Zobaczymy…