W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Alfreda, Izydora, Zoriny , 14 grudnia 2019

Wcale niepiękne oblicze miasta

2019-07-10

Ze smutkiem patrzyłam wczoraj na zdjęcia centrum, a właściwie kawałeczka centrum, jakie w sieci, w mediach społecznościowych powiesił znany gorzovianista Robert Piotrowski. Przykro tym bardziej, że ja tamtędy chodzę codziennie.

Wczoraj patrzyłam na zdjęcia najpiękniejszego miejskiego skweru, czyli tego nad Kłodawką. Zdjęcia, które pokazały, że niepiękny jest on wcale. Robert Piotrowski pokazał, że nawet to śliczne miejsce jest zaniedbane i pozostawione same sobie. I głupio mnie się osobiście zrobiło, bo ja tamtędy chodzę niemal codziennie, a bywa, że dwa razy dziennie.

I zobaczyłam znów kawałki plastiku wyglądające z zaniedbanych kwietników, szkaradne kasty na używaną odzież, zaniedbane pobrzeże Kłodawki, dziury przy mostku, jakieś paskudne plastikowe płachty w Kłodawce. No jednym słowem, obraz zgrozy i rozpaczy.

Musiało Roberta bardzo boleć, że wyszedł z domu i pokazał, jak jego najbliższa rzeczywistość wygląda. W sumie to straszne, że tak się nie dba o to, co ładne. Szczególnie przykro wygląda ten plastik wyglądający z kwietników. O innych rzeczach nie piszę. Bo właściwie wszystko tam widziane wnikliwym okiem wygląda strasznie. A najgorsze w tym jest, że zaczynamy się uodparniać i czasami tylko kiwamy głowami, że jest tak brzydko, a mogłoby być ładnie. Ja tak mam, że czasami tam zbieram jakieś puszki czy większe śmieci. Ale to robota głupiego, bo jeden zebrany i wyrzucony do pojemnika niczym nie skutkuje. Zaraz pojawia się milion i jeden następnych. Taka widać uroda nie tylko gorzowian, ale i innych krajan.

Wcale nie mam nadziei, że coś się tam zmieni, zresztą jak i w każdym innym zakątku miasta. Przykre jest to, że jesteśmy śmieciarzami i to w tym najgorszym ze znaczeń. Śmiecimy. Ja może nie, bo jakoś w głowie mnie się nie mieści, że można cokolwiek na chodnik wyrzucić. Ale jak widać, wielu innym jak najbardziej tak. O pluciu na chodniki i trawniki nie piszę, bo to jest już absolutnie poza moim kosmosem.

Poznałam ostatnio kraj, gdzie nie ma tego problemu, no może poza jednym miastem, ale to prawdziwy wyjątek. Nie ma śmieci w Japonii. Nie ma. Pierwszy komunikat, który dostaje turysta, który zjeżdża do Kraju Kwitnącej Śliwy, Wiśni i Czerwieniejących się Klonów, jest taki – nie ma koszy na śmieci, każde odpadki zabieramy ze sobą i utylizujemy w hotelu lub w naprawdę nielicznych kastach na odpadki na dworcach. Pomyślałam sobie – niemożliwe. Przecież w takim Tokio, 37 mln ludzi na niedużym terenie, to się nie może udać. Tylko godzinę mi zajęło, żeby się przekonać, że tak jest. Czyste miasto. Każdy utylizuje własne śmieci. I nawet Polacy, którzy przywykli do śmiecenia, też nie śmiecą. Lata świetlne dzielą nas od Japonii w każdym sensie. A jeśli chodzi o odpadki – nie ma takiej miary, która pokazałaby na jakiejkolwiek wymiernej skali, gdzie my, a gdzie oni. Tu już kosmos, ten trudny do pojęcia twór, się kończy. My tego nie osiągniemy nigdy, choć mnie się marzy krucjata taka, aby choć w części japońskie zwyczaje w tej kwestii wprowadzić. Ale wiem, że sensu to nie ma większego. Więc pozostaję przy swoim. Ja nie śmiecę. Nigdzie. I dalej będę zwracać uwagę śmieciarzom, choć nie raz i nie dwa zostałam z lekka zelżona. Przywykłam.

Ale ja, też Robert i kilkoro innych przemiłych sami nie damy rady, aby skwerek do świetności przywrócić. Może jednak miasto założy jakiś program i coś się zmieni? Może idealistką jestem, ale bardzo bym chciała.

I z drugiego kątka. Też z mediów społecznościowych. Otóż z dużym rozbawieniem przeczytałam rozbudowany dowcip, jak to szeryf naszego miasta spieszy się na sesję Rady Miasta. Musi pojechać taksówką i ma na to zaledwie dziesięć minut. Spóźnić się nie może. Nakłania taryfiarza, aby mimo wszelkich przeciwności do magistratu go na czas dowiózł. Ten się kryguje, targuje o cenę, tłumaczy, że rozkopane do imentu miasto powoduje, że się nie da. Szeryf nalega, mocno nalega. Wreszcie taryfiarz się zgadza. Ale pod pewnym warunkiem. Szeryf musi założyć na głowę worek, czapkę, która zasłoni mu oczy. Szeryf wyjścia nie ma. Decyduje się na taką drogę. Taryfiarz rusza. Szeryfem telepie w prawo, w lewo, na boki. W końcu taksówka dojeżdża do magistratu. Za dwie minutki zaczyna się sesja. Szeryf z ulgą oddycha, płaci za kurs i pyta taryfiarza, którędy ten dojechał. A dryndziarz, z poznańska mówiąc, klaruje – A nie powiem, bo na pewno rozkopiesz. Kurtyna i śmiech.

No patrzcie państwo, jaka nam się satyra miejska dzięki utrapieniu remontowemu urodziła. Autorowi bardzo, ale to bardzo gratuluję i tylko dodam, chciałabym poznać. Jak kto zna i autor się zgodzi, to chciałabym poznać. Powiem tak, wielką sztuką jest obśmiewanie niedogodności życia codziennego w taki właśnie sposób. Drwina, ironia, żart bywają bardziej dolegliwe aniżeli wszelakie dysertacje i oficjalna krytyka. Drwina, ironia i żart w cywilizowany sposób podane, a w przypadku tego rozbudowanego dowcipu tak jest.

I króciutki komunikat. Moja petycja do szeryfa o zaniechanie organizacji motorowej imprezy w końcówce sierpnia na nadwarciańskich terenach dobrze żyje. Jest sporo ludzi, którzy myślą podobnie. Oczywiście cały czas czekam na opinie. Już mam sporo mnie popierających, ale też są i takie, które dowodzą, że tam już teren motocrossowy jest, więc o czym baję. Są nieliczne, ale są też i takie, że przecież trwa odrośnie. Trawa odrośnie. Tyle tylko, że nie o trawę jedynie chodzi. Na dziś oficjalnego stanowiska miasta w sprawie nie mam. Jak ogłosiłam wcześniej, dwa pisma poszły w tej sprawie. W poniedziałek wyślę kolejne pismo, do szeryfa, ale i do radnych. Zbiorę w nich opinie mieszkańców, te za i te przeciw. Może się w końcu doczekam decyzji. Jakakolwiek będzie, przyjmę z pokorą. Powtórzę tylko, że dziwi mnie, iż sensei Włodzimierz Rój upiera się przy takiej lokalizacji tej akurat imprezy. Powtórzę, tytuł sensei zobowiązuje. Bardzo.

Ps. Bo dawno nie było, a teraz trzeba. Otóż dziś 70. urodziny obchodzi Anna Czerwińska, polska himalaistka, wybitna postać polskiego himalaizmu kobiecego, wcześniej polskiego taternictwa, alpinizmu. Piszę o tym, bo sama mam przyjemność oraz zaszczyt znać panią Annę, ale w mieście tym dziwnym mieszka wielu ludzi, którzy Ją znają. Znają, bo się z Nią spotykali w górach, bo słuchali Jej na licznych spotkaniach, bo mają Jej książki w domach. Bo w końcu łazili Jej tropami. Po polskich górach, po Himalajach to tylko bardzo nieliczni, ale jednak. Uczona pani doktor farmaceutka, ciekawa kobieta. Wybitna, która umiała i umie ważyć trudności. Sześć ośmiotysięczników na 14, które są. Korona Ziemi. To jej osiągnięcia. Plus kilka książek. W Gorzowie jest spore środowisko ludzi związanych mocnymi więzami z górami, w tym z tymi Najwyższymi, z Dachem Świata. Oni dziś wychylą kusztyczek za pani Anny urodziny. 70 lat… i te ośmiotysięczniki. Samego naj i dawaj w góry tropem Anny Czerwińskiej.