W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Filipa, Halki, Melanii , 22 października 2019

Taka jest potęga dobrej uczelni

2019-07-11

No i zaraz się gromy na moją głowę posypią, bo będę o Winnym Grodzie tym razem w generalności pisać. Mało, pisać, chwalić będę…

Od zaprzyjaźnionego znajomego usłyszałam, że Uniwersytet Zielonogórski zwany przeze mnie UZI, bo jak inaczej, boryka się z klęską urodzaju. Klęska owa polega na tym, że na wydział lekarski ubiega się tam ponad 40 kandydatów na jedno miejsce. Ponad 40 osób chce studiować medycynę w Winnym Grodzie. Taż ten wydział właściwie dopiero zaczął działać. A jednak ma powodzenie. Owszem, ktoś może powiedzieć, że trudno się dostać na uniwersytety medyczne z dużym stażem i idzie tam, gdzie łatwiej, bo uczelnia nie ma doświadczeń oraz czegoś jeszcze. Ale skoro medycyna ruszyła w Winnym Grodzie, znaczy to jedno, że ma zaplecze, ma kadry i jednak tam ktoś chce studiować. I ktoś już dobrze o tej uczelni, o tym wydziale napisał, więc i tu są chętni oraz kolejni kandydaci.

Tylko gratulować południowej stolicy duopolu nieudanego w każdej postaci. Ja gratuluję. Mam tam miłych znajomych. Lubię sobie tam od czasu do czasu pojechać. Nawet nie muszę nigdzie konkretnie iść. Wystarczy, że sobie obok Muzeum na deptaku na ławce posiedzę, pogapię się na rzeźbkę Klema Felchnerowskiego, którego nie dane mi było poznać, pomyślę o doktorze Janie Muszyńskim, mocno ciekawym człowieku, którego dane mi było poznać i tę znajomość uważam za jedną z ważniejszych w moim życiu. Potem myślę sobie o panu doktorze Andrzeju Toczewskim, byłym dyrektorze Muzeum, świetnym historyku, który trochę wyprostował moje myślenie o admirale Józefie Unrugu. No i w końcu myślę o obecnym dyrektorze Muzeum, panu Leszku Kani. Też przemiłym znajomym… Jeszcze jest Wojciech Kozłowski, dyrektor BWA, też znajomy, którego lubię spotykać. No i jeszcze kilku pisarzy, w tym redaktor Alfred Siatecki, dziś gdzieś tam na obrzeżach mieszkający, ale zawsze z Winnym związany.

Wow, ale miało być o uczelni… Choć te wszystkie imponderabilia są z nią zawiązane. To właśnie świadome tworzenie klimatu dla uczelni, rozwijanie jej, tworzenie wokół dobrej aury powoduje, że ona się rozwija. A jak uczelnia się rozwija, to tworzy się cala infrastruktura. Powstaje nowa jakość. Intelektualna, artystyczna, rzemieślnicza, coś, czego nie da się utworzyć tam, gdzie szkoły są słabe. Gdzie akcenty są źle położone. Bo jest uczelnia. Są wykładowcy, są akolici, to wymusza budowę innej infra. U nas to się niestety nie udaje.

U nas niestety, ciągle gdzieś grzęźniemy. OK. Miasto z tradycją robotniczą. Łódź też jest z tradycją robotniczą. I co? Ano nic. Można znaleźć ścieżki rozwoju mimo tradycji tylko robotniczej? Można. Tylko trzeba chcieć. Winne Miasto, idąc za panią Zofią Mąkosą, podziwiam i lubię. Landsberg/Gorzów ma to do siebie, że mało mu się udaje. Mieszkam tu i widzę. Niestety….

I z innej bajki. Mięło dokładnie 60 lat od chwili, kiedy oficjalne termometry w mieście zanotowały 37,5 stopnia Celsjusza, czyli pobity został rekord ciepła. Ponoć kilka dni temu było więcej, coś około 38 stopni. Nie doświadczyłam tego na szczęście. Ale żółte trawy i opowieść mojej mamy są znakiem, że chyba tak było. Planeta umiera. Dzięki też i nam tu w mieście. Bo wycinamy drzewa, bo robimy imprezy motorowe na zielonych terenach, bo założyliśmy w centrum chodniki, które są ciężkimi płytami. Mało tego, właśnie likwidujemy historyczny bruk przy katedrze. To zupełnie dla mnie nowość. Jak rozumiem remonty dróg… No niech będzie, rozumiem. To nie rozumiem likwidacji bruku. Nigdy tego nie zrozumiem. Jak można bowiem zastąpić bruk, kocie łby, płytami z kamienia???? Jak? Bruk ma to do siebie, że jest śliczny, ciekawy, ale tak naprawdę i ekologiczny. Szwendam się po różnych miejscach w Europie. Znanych i mniej znanych. I tam nigdzie nikt nie wpada na pomysł, żeby stary, dobrze funkcjonujący bruk zastąpić płytami. Chodnikowymi. Nikt. No cóż. Taka uroda tego miejsca. Więc jak za jakąś chwilkę termometry oficjalne wskażą, że pomiar dzienny osiągnął 40 stopni w skali Celsjusza, to dziwić się nie trzeba. Zabetonowane miasto, zabetonowane, pozbawione zieleni, przywalone płytami. Bez wody, bez tlenu, bez oddechu. Bo jakby kto nie wiedział, bruk, dobry landsberski bruk, jednak takie malusie oddechy dawał. No cóż. Bruku już nie będzie. Będziemy się gotować w upale i straszliwej temperaturze. Te nowe chodniki z tych niemal pancernych płyt nam to zapewnią. No cóż.