W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Kryspiny, Norberta, Sabiny , 5 grudnia 2019

A pod Grunwaldem znów sobie powalczyli…

2019-07-15

Odbyła się kolejna inscenizacja ważnej, choć nie do końca rozgranej zwycięsko bitwy na polach grunwaldzkich. Jak nie lubię rekonstrukcji, to tę podziwiam.

Wielka bitwa pod Grunwaldem, w istocie wielka, bo naprawdę z rozmachem zrobiona rekonstrukcja, lepiej inscenizacja, odbyła się w sobotę. Wszyscy wiemy, jaki był jej przebieg. Każdy z mego pokolenia musiał się zmierzyć z „Krzyżakami” Henryka Sienkiewicza. Ile stron ma opis samej bitwy, nie podpowiem, niech sobie każdy sam sprawdzi. Powiem tylko, że sporo. Do tego dokłada się monumentalna ekranizacja w reżyserii Aleksandra Forda i mamy komplet.

Mam ja ci też pewne dalekie związki z rocznicami bitwy, ponieważ mam w domu chustę harcerską mego taty, Mariana, który był na Grunwaldzkich Polach w 1960 roku. Ważna to była wówczas rocznica. Tata wiele razy o imprezie opowiadał. Szczęściem nie polityce, bo go to jakoś wówczas nie dotknęło.

Ale ja nie piszę o tej rocznicy bitwie ot tak sobie, bo ważna. Sporo ludzi z miasta, ale i regionu tam się co roku wybiera. I to w różnych konstelacjach. Mam wśród znajomych jedną arcyciekawą. Jak wiadomo, od lat różne związki rodzinne wiążą ludzi. Ktoś wychodzi za mąż za Niemca, Holendra, Amerykanina, podobnie jest z żonami. Związki między różnymi ludźmi z różnych krajów są normą. Jeszcze żyjemy w otwartym kraju, więc dziwne to nie jest. I mam takich znajomych, wśród których jest obywatel Niemiec żonaty z Polką, w szczęśliwym i dobrym związku, dodam. I ów obywatel Niemiec ma hobby, jest rycerzem, który od lat bierze udział w rekonstrukcji. Dziwne to nie jest, bo jak mówi Jarosław Struczyński, pan na Gniewie, od lat w roli Konrada von Jungingen, to norma, że ludzie z Europy biorą udział w tej bitwie. Po różnych stronach. Po której rzeczony obywatel występuje, nie wiem, zresztą nie kwestia. Ale jako rycerz ma giermka. I w roli tego giermka od lat występuje jego polski szwagier, obywatel miasta na G. Panowie dobrze się bawią, związki rodzinne kwitną.

Jak dla mnie najfajniejszy przykład na to, że można oswajać historię, nawet tę trudną. Panowie obaj dobrze się bawią, jak zresztą cała ekipa. I tak powinno być. A że niestety, czasami nie bywa…. Kogo winić?

A teraz z drugiego kątka. Otóż dziś Zakład Gospodarki Mieszkaniowej, a dokładnie Administracja Domów Mieszkalnych nr 5, czyli pan Damian Madaliński zwany przeze mnie Motorzystą, będzie świętował malusi sukces. Udało mu się doprowadzić do rzeczy wydawałoby się niemożliwej. Namówił bowiem i skutecznie, kapitanów Stali Gorzów i Stilonu Gorzów, aby stanęli razem i pędzlami umoczonymi w białej (? – bo nie wiem, czy na pewno białej, ale jakiejś neutralnej na pewno) farbie zamalowali paskudne napisy chuliganów, a nie kibiców, jakie w kwietniu pojawiły się na świeżo odmalowanych elewacjach. To sukces ZGM i Motorzysty. ZGM w taki sposób, że dyrektor Paweł Nowacki zwyczajnie zna swoich ludzi i pozwolił Motorzyście na działania. Dał mu carte blanche. A przecież wcale nie musiał. Bo mógł powiedzieć – Damian – ok. Chcesz, to rób, ale wszystko idzie przeze mnie. A tu proszę. Jak drzewiej w ZGM bywało, mądry kierownik wie, co robi. Dyrekcja daje placet, bo wie, że kierownik mądry. Gratulacje i brawo. I drugie brawo, że Damian Madaliński się zwyczajnie uparł. Ale co się dziwić. Motorzystą w końcu jest. To twardzi ludzie. Doprowadził do tego, żeby głupkom, którzy nazywają się kibicami, udowodnić, że ich ciasne myślenie o kibicowaniu i sporcie w generalności, które kończy się na wydzieraniu typu…. tu nie zacytuję, bo w szacownym portalu się nie da, przyzwoitość i dbałość o słowo szlachetne nie pozwala, oraz bazgraniu po świeżo odnowionych murach, ma się nijak do tego, co w sporcie najważniejsze jest. Na kibicowaniu i wspieraniu ukochanej drużyny – bez ustawek, bez bazgrania, bez obrażania, bez wojen i wojenek. Można się nie lubić, ale szanować się trzeba. Dlatego dziś kapitanowie staną przed zapaćkanymi ścianami i je symbolicznie pomalują.

Idiotką nie jestem. Na raj kibicowski nie liczę, ale na z lekka uładzenie nastrojów jak najbardziej tak. I na to, że jak kapitanowie ściany pomalują, choćby symbolicznie, to banda durnych idiotów ze sprejami zwących się kibicami na przyszłość się zastanowi. Co się wydarzy? Zobaczymy. Co dni następne w tej kwestii przyniosą – zobaczymy. Uważam, że wielki krok został uczyniony. Pierwszy taki. Chcę tam być i chcę to zobaczyć. Owo symboliczne malowanie. Klubom obu podzięka i wyrazy uznania za wejście w program walki z chuliganerią. Motorzyście także. Bo mu się, jak zapowiedział onegdaj, chciało. I chce dalej. ZGM także, bo wspiera takie akcje.

Ps. Siedziałam w Miasteczku, czyli w Skwierzynie. Padał deszcz. W nocy i za dnia. Byłyśmy z moją mamą szczęśliwe, bo ogórki, bo fasola, bo koper, co to może w końcu wzejdzie. Chrzan ma się dobrze, więc ręce będą pachniały tak, jak lubię. Koprem, chrzanem i solą. Aż tu nagle piknął sygnał, że zobacz. Zobaczyłam kolejny armagedon – płynęło kolejne rondo. Smarkata jednak burza sprawiła, że chyba znów w mieście coś nie zatrybiło dobrze. Wyczekiwana i wymarzona woda z nieba sprawiła, że się jej, tak rzadko padającej, boimy. Więcej betonowania, więcej płytkowania, więcej zamieniania bruku na coś strasznego, więcej braku małej retencji – tylko przypomnę, do zakończenia II wojny w mieście taki plan i program był, mała retencja działała. Potem nagle to, co landsberscy wymyślili i wcieli w życie, zostało zaniechane. Grzech. Zaczęła się dziwna i nieodpowiedzialna gospodarka. Sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem. Efekt? Albo się upieczemy w upale, albo utoniemy w nagłych deszczach. Deszczach, bez których nas nie ma. No cóż. A przecież wystarczy wrócić do tego, co landsberscy wymyślili. Za późno? No cóż.