W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Anety, Leokadii, Wiesława , 9 grudnia 2019

Mieszkańcom zmiany zaczynają się nie podobać

2019-07-16

Poczytałam sobie trochę w necie opinii i głosów na temat zmian, jakie w mieście zachodzą cały czas. I wyszło mi na to, że nie tylko ja labidzę i narzekam.

Od jakiegoś dłuższego już czasu generalnie labidzę. Tak mi wyszło z pobieżnego przeglądu własnego pisarstwa (ha, ha, pisarstwo….). No i się zastanowiłam, że może ja ma zaburzoną optykę oglądu rzeczywistości. No to dawaj do neta. I tam znalazłam jeszcze bardziej krytyczne słowa i opinie. Ludzieńki widzą betonową pustynię na Kwadracie. Dostrzegają kolejne betonowe placki, jaki powstają w parku Siemiradzkiego. Mało tego, opisują, jak na niekorzyść jednak zmieniło im się życie po wybudowaniu tej ścieżki nad Kłodawką, co do której ja od początku miałam krytyczne zdanie. Bo zamiast uprzejmych bumów, którzy tam bytowali i za złotówkę raz na jakiś czas to uprzejmie się witali, sprzątali po sobie, teraz mają agresywną i często, gęsto pijaną młodzież. Bo zwykłych spacerowiczów czy rowerzystów to tam nie ma. Zwykle nie ma, bo jakiś od czasu do czasu to się jednak trafi.

Okazuje się więc, że takich jak ja, co krytycznie patrzą, zaczyna być więcej. Co prawda, krytycyzm się budzi wówczas, kiedy zmiany dotykają kogoś bezpośrednio. Ale i to dobre. Szkoda tylko, że magistrat cały czas nie słucha. I co i rusz funduje jakieś zmiany, które naprawdę nie są dobre. Dla nas, dla mieszkańców. Znakiem tego, labidzenia będzie przybywać. Labidzenia nie wprost, ale jednak gdzieś tam w necie. Magistrat ma rozbudowane służby, wielu urzędników. Może dobrze by było, aby jakiś urzędnik co i rusz przeglądał różne fora, czytał, drukował i pokazywał szeryfowi, że jednak nie tak, nie tędy droga, że może trzeba coś zmienić.

No cóż, idiotką nie jestem i wiem, że to się nie uda. Magistrat lubi myśleć, że wszystko dobrze i bardzo dobrze robi. Nie tylko magistrat. Każda władza to lubi. Myślenie o tym, że jest najlepsza i najlepiej wie, co dla innych jest dobre, jest znakiem każdej władzy. No cóż. Ja tam labidzić jednak będę dalej. Oczywiście, jeśli zajdzie potrzeba.

A teraz z drugiego kątka. A mianowicie literackiego. Przeczytałam recenzję książki o Papuszy, Bronisławie Wajs-Papuszy autorstwa Adriana Zawadzkiego, którą napisała dr Krystyna Kamińska. Książka nosi tytuł „Papusza. Granice przynależności”. Ponieważ od lat jestem mocno związana z Papuszą, głównie przez jej teksty, ale i przez znajomość z rodziną, czytam wszystko, co o niej się pojawia, więc sięgnęłam, mimo jednak niekorzystnej opinii Krystyny. I pierwsza rzecz, która mnie się rzuciła w oczy. Każdy, kto zaczyna pisać o Papuszy, a nie odnosi się do książki, która ukazała się w 2017 roku nakładem Archiwum Państwowego w Gorzowie, zwyczajnie nie powinien tego robić do chwili zapoznania się właśnie z tą pozycją. Bo będzie powielał błędy i legendy. Fakt, nie znam daty dziennej wydania książki pana Zawadzkiego, może wyszła szybciej, niż książka Archiwum, ale o niej było głośno niemal rok wcześniej. Prof. Dariusz A. Rymar otwartym tekstem anonsował, że odkrywa tajemnice. Może należało się wstrzymać, coś przeredagować. Coś poprawić. A tak wyszło sobie dziełko takie mocno takie sobie. Przeczytałam, co zrobić. Czytam niemal wszystko, co się odnosi do Gorzowa, a wszystko, co się odnosi do Papuszy. Tym razem nie było warto. Dobrze, że choć czcionka duża była. Oczka mocno się nie zmęczyły.

Ale inna rzecz jest taka, że wokół Papuszy, tej niezwykłej kobiety za ostatnie 30 lat jednak cały czas coś się dzieje. A to ktoś książkę napisze, a to ktoś sesję zrobi z Nią w roli głównej. A to Jej wizerunek się gdzieś tam pojawi, albo nowy film – co na razie uchowajcie Bogi. Wystarczy atrakcji w wydaniu Joanny Kos-Krauze (do filmu jako dzieła się nie czepiam, bo i nie ma o co, natomiast do mocnych przekłamań dotyczących Papuszy jak najbardziej).

Znowu się coś szykuje, coś, co będzie crème de la crème odnośnie Poetki. Ale najświętsze słowo honoru dane przemiłym znajomym zamyka mi usta. Nie mogę, ale też i nie chcę więcej pisać, w każdym razie ja bardzo mocno czekam na to wydawnictwo. A jak znam ludzi, którzy tym razem rękę i mózg dokładają, to będzie coś absolutnie ciekawego, coś absolutnie zajmującego. Coś, co ucieszy wszystkich miłośników poezji Papuszy. I tak by the way, teraz się będę chwalić. Otóż już przynajmniej kilku, jeśli nie kilkunastu znajomym i znajomym Królika „pożyczyłam” tomiki wierszy Papuszy. „Pożyczyłam” oznacza – nie wracają do mnie. Ktoś się z nimi nie potrafi rozstać. Kupuję więc następne – to samo wydanie, i znów pożyczam. Jednego wydania jednak nie pożyczę nikomu. Bo znów ktoś powie, że się nie potrafi rozstać i jeszcze trochę potrzyma…

Papusza, mimo że znamy jej coś około 40 wierszy, ciągle jest obecna w dyskursie – literackim-filologicznym, społecznym, socjologicznym… Dla mnie najważniejsze, że literackim właśnie.

Pamiętam ją dobrze. Tę wybitnie szczupłą panią, smutną i wycofaną, którą spotykałam w Mieście. Wtedy nie bardzo wiedziałam, kim jest. Wcale nie wiedziałam. Dziś wiem. I cały czas zachwyca mnie fraza – Lesie mój…

P.S. Bo zwyczajnie muszę, moje melomańskie serce nakazuje, żeby przypomnieć, że dziś mija dokładnie 30 lat od śmierci wybitnego dyrygenta Herberta von Karajana. Można dywagować o jego życiu i wyborach, choćby o flircie z nazistami. Do końca jego życia w USA na plakatach anonsujących koncerty pod jego batutą pojawiły się odręczne dopiski „nazi”. Wielu wybitnych artystów solistów żydowskich nie chciało z nim nigdy współpracować. Jednak to on podłożył podwaliny pod jedną z najlepszych dziś orkiestr symfonicznych, za jakich mam Filharmoników Berlińskich. Kierował nimi przez 30 lat. Był geniuszem, geniuszem nieznoszącym jakiegokolwiek sprzeciwu. Mówią, był oportunistą. Może. Ale był muzycznym geniuszem, tyranem, wielkim, genialnym artystą. Słyszał wszystko, prowadził orkiestry tak, że nikt nie znalazł słowa krytyki. Do dziś jako artysta i dyrygent pozostaje wzorem, jak osiągnąć sukces. Czasem słucham sobie – z płyt oczywiście – koncertów pod jego dyrekcją. Czasem oglądam, bo dziś to żadna sztuka. Nie powinnam, bo jak my nie słuchamy Wagnera, tak nie powinno się i słuchać koncertów pod batutą Herberta von Karajana. Ale jak moje melomańskie serce daje sobie radę bez muzyki Ryszarda Wagnera, tak nie daje sobie rady bez muzyki pod dyrekcją Herberta von Karajana. Wybitny, niepospolity austriacki kompozytor, który nienawidził Berlina, ale właśnie tu stworzył jakość, o jakiej inni tylko marzą.