W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Anety, Leokadii, Wiesława , 9 grudnia 2019

Kolejne rusztowania urosły na mojej ulicy

2019-07-18

Przyszłam do domu, a tu zonk. Coś się pojawiło za moim oknem. Jako że z lekka ślepawa jestem, to się przyjrzałam. No i co zobaczyłam? Ano rusztowania.

Od jakiegoś dość pokaźnego czasu jestem w stałym kontakcie z Zakładem Gospodarki Mieszkaniowej. Zresztą od chwili, kiedy zamieszkałam na Nowym Mieście, w starej kamienicy, to tak jest. Muszę i chcę wiedzieć, co się dzieje u mnie, ale i w sąsiedztwie. Przeżyłam już ze dwie rekonstrukcje bramy do mojej kamienicy, walczyłam o tylną bramę od strony podwórka, bo ktoś ją sobie zwyczajnie ukradł. Mamy nową, pancerną, śliczną, jakby Kazimierz Pawlak z „Samych swoich” powiedział Hamerykańską. Pancerna i mocna stała się zaporą do przechodzenia przez moją klatkę schodową różnych takich przypadkowych… Nic więcej o niej nie napiszę, bo co nie nazwane, nie istnieje. Przeżyłam remont tylnej fasady, zresztą ze szkodą dla mnie, ale niech będzie. Przeżyłam zmianę instalacji gazowej – i tu jednak podzięki wielkie się należą memu fantastycznemu sąsiadowi, który nie pozwolił na działania „złotych rączek”, ale odbył się trwający w czasie regularny remont. I bardzo dobrze, że tak, bo gaz to jednak nie są przelewki. Tak więc przeżyłam wszystko, co może spotkać starą, z początku XX wieku kamienicę. No i w końcu przeżyłam KAWKĘ. Baliśmy się jej wszyscy. Z wielu powodów. Dzięki przemiłej sąsiadce, która stanowczo powiedziała, że nie możemy tkwić w XIX wieku, decyzja zapadła. I z perspektywy kilku już lat mogę powiedzieć jedną rzecz. To była nasza najmądrzejsza decyzja. Najmądrzejsza. Dobrze nam się żyje z KAWKĄ.

Nie przeżyłam tylko jednego, remontu fasady. Nie przeżyłam, bo zgodnie z sąsiadami uznaliśmy, że musimy sobie jednak dać chwilkę odpoczynku. Chwilkę oddechu od kolejnego kredytu i kolejnego remontu. Bo dla nas, właścicieli, remont fasady, zresztą szczęśliwie z małą liczbą detali architektonicznych do odtworzenia, nie będzie aż tak kosztowny, jak te obok.

No i masz babo placek, a w dodatku z zakalcem. Kamienica obok, tuż obok, tuż obok mego okna idzie do remontu. Jeśli tylko dach, to nic się nie zdarzy. Jeśli jednak fasada, to będziemy musieli się znów maksymalnie zastanowić i jednak chyba podjąć trudną dla nas decyzję – remontujemy. Bo przecież trudno będzie mieszkać w kamienicy, która tak naprawdę ma się dobrze, ale z zewnątrz wyglądać będzie okropnie. Szaro, buro i pstrokato, bo tak teraz wygląda. A obok już nie jedna, nie dwie, ale trzy i naprzeciw oraz zaraz za rogiem kolejna ślicznie odremontowane. No i znów ból głowy, znów liczenie, znów trapienie się o pieniądze. Taki ból głowy jest budujący. Ale wcale nie oznacza, że nie dolegliwy. Trzeba się będzie zastanowić.

Tak czy inaczej gratulacje dla ZGM, że konsekwentnie i krok po kroku, mimo jednak braku pieniędzy, bo ich ciągle brakuje, jednak udaje się remontować i zmieniać pejzaż Nowego Miasta. Mojej dzielnicy. Jak nie lubię miasta, w którym mieszkam, bo nie lubię, tak zwyczajnie lubię mój kątek, Nowe Miasto.

A teraz o czymś innym. Otóż mija dziś dokładnie 60 lat od chwili, kiedy otwarto zakładowy ośrodek wypoczynkowy „Stilonu” w Lipach. Jako że w tamtych latach wszyscy, albo prawie wszyscy pracowali w Stilonie, to wszyscy lub prawie wszyscy jeździli do ośrodków wypoczynkowych Stilonu w Lipach, Lubniewicach, Międzyzdrojach i jeszcze gdzieś tam. Sytuacja się zmieniła w chwili, kiedy przyszła zmiana ustrojowa i sprawiła, że wielki zakład zaczął się kurczyć. Pozbywał się tego, co mu było niepotrzebne. A niepotrzebne były mu choćby ośrodki wypoczynkowe. Lipy przeszły w prywatne ręce. Mało się tam zmieniło. Zaglądam tam czasami, jak mnie szlaki piesze tam zaniosą. Ośrodek niewiele się zmienił. To moje zdanie. Ludzie związani ze Stilonem mogą mieć inne. Ale w każdym razie jest. Wygląda nieco inaczej, ale został. Podobnie jest i w Lubniewicach. Kto inny zarządza, ale klimat pozostał

Odliczam dni do imprezy motorowej, coraz bliżej jej jest. Magistrat oraz państwo radni (poza jedną – Marta dzięki) mnie i mój apel totalnie zignorowali. Mam więc jasność, impreza na nadwarciańskim brzegu się odbędzie. Samochody oraz czołgi i inne ciężkie pojazdy i ich kierowcy sobie urządzą fiestę. Dobrze. Niech tak będzie. Nie mam innych narzędzi poza pisaniem do magistratu. Odbiłam się od magistratu jak piłka od przezroczystej ściany. Napiszę jeszcze raz. Ostatni. Teraz bardzo dokładnie rozumiem, co czują ludzie, którzy o swoje i nie tylko swoje walczą, a nikt na nich nie spojrzy. I tak kolejny raz do szeryfa napiszę. W poniedziałek to będzie, 22 lipca. Znów się przypomnę. Znów zaapeluję do zdrowego rozsądku szeryfa. Tylko tyle mi zostało.