W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Kryspiny, Norberta, Sabiny , 5 grudnia 2019

Sceny jak z westernu za moim oknem…

2019-07-22

Pierwsza sobota w domu od bardzo długiego czasu. A tu takie rzeczy… A cały czas twierdziłam, że mieszkam w spokojnym zakątku miasta.

Chyba trzeba będzie trochę zweryfikować sądy o kątku, w którym się mieszka. Od lat jak ta zacięta płyta powtarzam, że mieszkam a naprawdę spokojnym i bezpiecznym fyrtlu (Halina – przepraszam za użycie tego określenia przypisanego do Reja). Ale ostatnie wydarzenia trochę burzą ten ogląd.

A było tak. Wróciłam wcześniej do domu ze Skwierzyny. Pierwszy raz od naprawdę dawna dane mi było posiedzieć we własnym fotelu w sobotni wieczór. Coś tam sobie czytałam, słuchałam sobie po cichutku przy okazji muzyki. No cóś pięknego. Tak lubię najbardziej. Aż tu nagle jakieś zamieszanie – z ulicy dochodziły wrzaski i przekleństwa. Podeszłam do okna, a tam, no trudno uwierzyć. Pod oknem, na skrzyżowaniu 30 Stycznia i mojej ulicy zaczynała się bójka. I to nie taka na popychanki i wyzwiska, tylko regularna, na pięści i kopniaki. Grupka młodych, agresywnych facetów, zresztą dopingowana przez nie mniej agresywne młode kobiety toczyła walkę na pięści i kopniaki. Wyglądało okropnie. Trwało na tyle długo, że pomyślałam, trzeba wezwać policję. Sięgnęłam w pewnej chwili po telefon, już prawie wykręciłam 112, ale walka się skończyła, część walczących wsiadła do samochodu. Inni poszli w kierunku Kwadratu. Zrobiło się pusto. I w tym momencie podjechał szybko nieoznaczony radiowóz. Nie było już kogo i o co pytać.

Trwało to na tyle długo, że można się było agresji i zwyczajnej brutalności przestraszyć, ale na tyle niedługo, że policja nie zdążyła.

Dobrze, że byłam w swoim domu, dobrze, że mieszkam na II piętrze. Niedobrze, że sama nie zdążyłam zareagować, ale widać, zrobił to ktoś inny. Siedziałam potem długo i myślałam o tym, co zobaczyłam. Western? No nie, bo nie było białych stetsonów. Były tylko czarne. Zwykła chuligańska bójka na dużą skalę. Niezwykła, bo jeszcze do niedawna coś takiego było nie do pomyślenia. Nie wiem, co było przyczyną tych gorszących i jednak niebezpiecznych zachowań w sferze publicznej. Znacznie później doszłam do wniosku, że chyba jednak zwykłe przyzwolenie na takie zachowania, jakie od kilku lat mają miejsce nie tylko w Gorzowie, ale w całym kraju. Choć akurat tu nikt nie miał żadnych haseł, ani transparentów, to jednak obie strony, nie jest ważne, o co poszło, postanowiły załatwić problem w najbardziej z barbarzyńskich sposób. Walką na gołe pięści i kopniaki. Coś strasznego. Coś nie do pojęcia, przynajmniej dla mnie. Może właśnie pryska mit spokojnego miejsca? Bo od jakiegoś czasu obserwuję, że takie chuligańskie przypadki przestają być incydentem. Przykro mnie się robi, kiedy pomyślę, że to może być norma.

A teraz z innego kątka, ale dokładnie w tej samej poetyce. Spotkałam się ostatnio na kawce z przemiłą znajomą. Trochę mówiłam o Japonii, z której ostatnio wróciłam. Opowiadałam między innymi o tym, jak spokojny i bezpieczny jest to kraj. I właśnie przemiła opowiedział mi o incydencie, którego sama była mimochodem bohaterką w miejskim autobusie. Otóż w miejskim autobusie starła się z napakowanym chamem, który gadała przez telefon, ale używając tylko plugawego języka. Nie nazwę tego kuchenną łaciną, bo zestawianie szlachetnej mowy wielkich poetów i dramaturgów jest policzkiem dla tego języka. No w każdym razie, napakowane chamisko wrzeszczało do telefonu straszliwe słowa. Aż w końcu przemiła nie zdzierżyła i takim samym językiem kazała mu się wynosić z autobusu. Osiłka zatkało. Napluł werbalnie na przemiłą, ale wsiadł. Dla jasności, przemiła nie była jedyną pasażerką. Nikt, NIKT inny się nie odważył sprzeciwić chamowi. Dobrze, że przemoc słowna nie skończyła się przemocą w czynie, choć przemiła mówiła mi, że była i na to przygotowana.

Coś złego się wokół nas dzieje. Coś bardzo złego. Normy zachowań się zmieniają. Coś, co jeszcze jakiś czas temu było uznawane za naganne, zaczyna być akceptowalne.

Akceptowalnym bowiem jest palenie papierosów i kipowania na ulicach – przykłady? Ależ proszę – wszędzie. Akceptowalny zaczyna być w publicznej przestrzeni plugawy język, a właściwe obrzydliwy szwargot, który nie ma nic wspólnego z językiem. Coś strasznego.

Ps. 22 lipca, kiedyś, do 1990 roku jedno z najważniejszych świąt państwowych w Polsce. Nazywało się, o ironio, Świętem Odrodzenia Polski, oczywiście z niezbędnym przymiotnikiem narodowe. Dzień był wolny od pracy, ale tylko pozornie, bo przecież hucznie je obchodzono. Z młodych swoich lat pamiętam, że było. Ale, że może trudno w to uwierzyć, smarkata wówczas byłam, więc dla mnie to akurat święto ważne nie było. Lipiec, wakacje, co mi było po wolnym dniu? Wszystkie dni w lipcu wolne dla szkolaków były. Inna rzecz się miała z dorosłymi. Wolny dzień, pochody, przemowy, świętowanie pewnej obłudy, dużej obłudy. Dziś to wiem. W każdym razie to święto w kraju świętowano. Inna rzecz, że jak przyłożyć szkiełko i oko, to i owa obłuda zaczyna się jawić nieco inaczej. Nie chcę pisać żadnej egzegezy. Ale dobrze by było pamiętać i o tym, że gdyby nie wojna, nie różne rozdania po niej, to wielu z nas by żyło gdzieś na kresach, gdzie spokojnie pasalibyśmy gęsi albo w drodze dużego zaszczytu krowy, bo koni to już nie, w pańskich majątkach. Skrót myślowy i historyczny wielki, ale tak by było. Mam tak, że nie dyskutuję z historią i jej młynami. Bo i nie ma po co. Warto jednak ją znać i to w wydaniu bez śliskiego szlamu polityki. I powiem tak, przeżyłam, podobnie jak i moi rodzice miniony system. Różnie było. Miniony był zły. Ale też i dzięki minionemu umiem czytać, pisać, mogę podróżować. Nie gloryfikuję, ani nie chwalę. Tylko stwierdzam. Bo kto wie, że powtórzę, czy w innych okolicznościach dziejowych dziś nie pasałabym tych gęsi w majątku książąt Czartoryskich, o ile generalnie dożyłabym zasłużonego wieku staruszki 55-letniej. To tak pod rozwagę, zanim w czambuł się będzie potępiać wszystko, co nie jest zgodne z tym, co nam się teraz na siłę stara narzucić. Historia uczy. Uczy, jeśli nie jest podlana śliskim i wstrętnym sosem populizmu oraz jeśli nie jest sprowadzana do usłużnego narzędzia aktualnej polityki. No cóż.