W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Anety, Leokadii, Wiesława , 9 grudnia 2019

Dobra informacja, kamienica ma odzyskać blask

2019-07-23

Jeśli to tylko okaże się prawdą, to pierwsza złożę ręce do oklasków. Ale mamy w mieście bardzo wiele przykładów, że obietnice inwestorów to jedno, a praktyka to drugie. W dodatku biegunowo różne.

Otóż ponoć śliczna, stale śliczna kamienica u zbiegu 30 Stycznia i Dąbrowskiego została sprzedana, a inwestor ma nader ambitne plany. To śliczna narożna kamienica, niegdyś pyszny i zamożny budynek na Nowym Mieście. Padła modą szybkich zmian. Wykwaterowano mieszkańców. Budynek, pyszny, przypomnę, zaczął popadać w ruinę. Jakieś wraże ręce wybiły okna, zaczęła się sypać elewacja. Budynek wygląda żałośnie. Ale jak donoszą z magistratu, znalazł się kupiec. Kamienica poszła w prywatne ręce i ma w krótkim czasie stać się apartamentowcem. Oj dajcie wszystkie bogi i ty bogini Amaterasu, żeby tak było. Lokalizacja wprost wymarzona. Centrum miasta, stara nowa dzielnica, sąsiedztwo Pałacu Biskupów Gorzowskich. Blisko do parku. Kłodawka za oknem. Kilka spożywczaków też blisko jest i jedna przyzwoita cukiernia. No, czego chcieć więcej. Nic, tylko się cieszyć.

Tak, tylko się cieszyć. Ale, bo zawsze musi być jakieś ale. My w mieście mamy wiele przykładów budynków, które też na już miały stać się piękne. Miały cieszyć oczy. Już wszyscy witali się z gąską. Już szły zapewnienia, że będzie przecudownie. I co? I nic. Budynki sobie stoją, nic się nie dzieje. Bo tak a nie inaczej skonstruowane prawo budowlane chroni właścicieli. I choćby miasto stanęło na uszach i rzęsach – gdyby rzeczywiście chciało, to i tak by nic nie ugrało.

Inna rzecz, że czasami wyzbywanie się budynków i to zabytkowych było niecelowe. Mam na myśli Zawarciański Zameczek, ostatni moim zdaniem budynek, który powinien pójść w prywatne ręce. Stało się niestety inaczej. Nikt już nie pamięta szumnych zapowiedzi nowego właściciela. I jak sobie ta najpiękniejsza z gorzowskich willi fabrykanckich stała w zapomnieniu, tak sobie stoi nadal. I chyba tylko mnie oraz Roberta Piotrowskiego uwiera świadomość, że miasto, zamiast zadbać o rodowe srebra, sprzedało je za naprawdę niewielki pieniądz.

Inny przykład – proszę bardzo – dawna siedziba LOK nad Wartą. Swego czasu mało brakowało, a by się spaliła. Też miało być ślicznie. Miały powstać restauracja i chyba klimatyczny bar. I co? I nic. Także nic nie wskazuje, że coś się zmieni. Taka karma, co zrobić.

Kolejny przykład? Proszę bardzo. Kamienica przy ul. Chrobrego, siedziba chyba jeszcze Tytoniu Polskiego. Od lat stoi zapomniana i zaniedbana. Też w prywatnych rękach. Nie straszy jakoś szczególnie, ale jednak jest niemym wyrzutem sumienia.

I ostatni, najbardziej palący przykład niemocy w świetle prawa. Kamienica przy ul. Łokietka 17. Tym bardziej boli, bo budynek wpisany do rejestru zabytków. Co tam miało być, już nie pamiętam. Co jest dziś? Smutny widok, bardzo smutny. Bardziej dziś rudera niż zabytek. Za chwilkę naprawdę nie będzie czego ratować. Stoi chyba tylko dlatego, że nie ma wyjścia. Coraz mniej ludzi pamięta, jak piękną była. I coraz mniej chce pamiętać, że jak się zawali, to za nią zawali się cała pierzeja ulicy Łokietka. A właściciel, nie wiem zresztą, czy ten sam, o którym pisałam kilka lat temu, nie ma chyba ani sposobu, ani pieniędzy, ani niczego, żeby tę już ruderę do stanu użytkowego doprowadzić.

Takich przykładów dałoby się w mieście jeszcze trochę znaleźć, ot choćby Czerwony Spichlerz. Dlatego informacja z magistratu, że niebieska kamienica poszła w prywatne ręce, jest pocieszająca, ale dopóki tam się nie zacznie kwalifikowany remont, dopóty ostrożna będę w hurraoptymizmie. Taka karma, co zrobisz.

I z drugiego kątka. Archeo zakończyło badania w ulicy Sikorskiego. Oznacza to, że drogowcy mają zielone światło do prac, a co za tym, jest jakaś szansa, stale niewielka, że jednak kiedyś ten remont się zakończy. Kiedyś, bo kiedy, tego nie wie nikt. Myślę, że jakbyśmy mieli okazje zapytać słynnej greckiej wieszczki Pytii, też by nie wiedziała. Ja tam ostrożnie podchodzę do zapowiedzi, że jeszcze w tym roku. Jakoś po prostu zwyczajnie nie wierzę. Inna rzecz, że wcale mnie się nie podoba, co już widzę na Sikorskiego. Te masywne płyty jako chodniki. Te dziwne słupy. No nie moja to jest jednak estetyka.

A skoro archeo skończyło badania, to bardzo, ale to bardzo czekam na ekspozycję tego, co tam znaleziono. A znaleziono choćby stilusy. Jako człowiek przywiązany do wiecznych piór oraz kartek papieru do notowania, to chciałabym zobaczyć. I jak znam archeo, a znam, to prędzej czy później się tego doczekam. I jestem więcej niż pewna, że będzie to coś na miarę „Niebiańskiej archeologii”, jak do tej pory w mojej prywatnej gradacji jednej z najlepszych wystaw archeologicznych, jakie widziałam. A widziałam w swoim życiu już trochę. Zresztą zaraz i za chwilkę znów jadę do Berlina, aby sobie taką wystawę obejrzeć. Oczywiście idiotką nie jestem i nie porównuję gorzowskich wydarzeń do berlińskich, bo się zwyczajnie nie da. Ale jeśli chodzi o archeo, to może dziwne, ale jednak można. I nasze, mam na myśli muzealne ekspozycje archeo, w niczym tym berlińskim nie ustępują. I, uwaga, nie kadzę. Piszę o tym, co widziałam i mogę porównać. Bo i Gorzów, ale i Berlin miał dyski solarne. Po dwa. Tamte w Niemczech były wydarzeniem na skalę Europy. Nasze, na naszą. Jakby zestawić – nasze były tak samo ważne i unikatowe, jak te w Niemczech. Ale inna klasa odbiorców, inne media, inna kultura, inna w końcu świadomość i inna kasa na promocję (u nas zwykle brak kasy). No cóż, tak bywa.

I jak zacięta płyta powtórzę. Domagam się od miasta jednoznacznej deklaracji w sprawie wydawnictwa, które będzie dokumentem tego, co tu się przy okazji rozgrzebanego do maksa remontu zdarzyło. A zdarzyło się na tyle wiele, że zwyczajnie potrzebne jest kwalifikowane wydawnictwo. I powtórzę, że nie przyjmuję argumentu – nie ma pieniędzy. Takie wydawnictwo może kosztować coś z 200 tys. zł – to już na bardzo, bardzo bogato. Nie do udźwignięcia przez archeo i Muzeum. Ale takie 200 tys. w skali wielkiego budżetu na rozgrzebany do imentu remont, to pryszcz. Uważam, i będę to zawsze powtarzać, że miastu temu, jego historii, nauce oraz służbom archeo jak i nam, regionalistom, ludziom, którzy jednak lubią to miasto, takie kwalifikowane wydawnictwo dokumentujące to, co służby znalazły, zwyczajnie się należy. Wiem, kto może napisać. Wiem, kto może być konsultantem naukowym. Korektę językową zrobię za darmo. Zgłaszam się na ochotnika. Wydawnictwo powinno powstać. I będę o tym gadać tak długo, jak tylko będę w stanie komunikatywnie cokolwiek mówić. No chyba, że jednak cud na niebie się stanie i książka powstanie.

Ps. Dziś Dzień Włóczykija. Turystyczne święto tych wszystkich, którzy lubią się szwendać. Ja lubię. Ale takich, jak ja, jest w mieście bardzo dużo. Turystyczne szwendanie polega na tym, że wszędzie, gdzie nas turystyczne ścieżki zawiodą, doznajemy zachwytu – urodą krajobrazu, przepiękną architekturą, urokiem szczegółu. Nie jest ważne, czy to Drezno, Berlin, Kioto (oj, to akurat ważne jest), Drezdenko, Praga, Puszcza Białowieszczańska, Glinik, Drezdenko, Tbilisi, Kazbegi, San Diego, Murawy Kserotermiczne w Gorzowie…. Lista zwyczajnie nie ma końca. Turysta, tramp, zwiedzacz ma to do siebie, że wszędzie widzi coś pięknego. Wszędzie go coś zachwyca. Dlatego wszystkim szwendaczom, turystom, włóczykijom w dzień naszego święta wszystkiego naj. Wychylcie kusztyczek okowity albo soku malinowego za nasze święto i dawaj dalej w trasy. Świat jest taki piękny….