W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Franciszka, Lamberty, Narcyza , 17 września 2019

W Mieście nie da się przeoczyć żużla

2019-08-05

Leżałam i zdychałam we własnym domu, ale nagle w sobotni wieczór z tego zdychania wywabiły mnie wrzaski – jedź, jedź…. No i sobie przypominałam, że Grand Prix się dzieje.

Choć nie chodzę na stadion, bo generalnie kondycja u mnie kiepska, to jednak żużel oglądam w telepatrzydle. Ale sobota to był dzień straszny. Zaziębienie przykuło mnie do łóżka. Telepał mnie kaszel i inne atrakcje. Ale nagle pod wieczór na ulicy zrobiło się cicho jak makiem zasiał. A potem to już było – jedź, jedź i jeszcze trochę kuchennej polszczyzny. I nagle w tej paskudnej chorobie przypominałam sobie, że Grand Prix się dzieje.

Ulica i kibice w knajpce pod domem żywiołowo dopingowali Bartka Zmarzlika. No i obejrzałam końcówkę meczu, tak od połowy po prawdzie. Patrzyłam na ostatni fenomenalny bieg z Bartkiem Zmarzlikiem w roli głównej i myślałam sobie, że nie darmo przez lata jeździł z Tomaszem Gollobem. Ulica oszalała, myślę, że nie tylko ulica. Widziałam uradowanych sąsiadów. No tak, żużel w mieście to religia, jak mawia mój prześwietny kolega Paweł Krysiak, niegdyś szef gorzowskiego dodatku do Gazety Wyborczej, dziś szef w Lublinie. Paweł żużla niekoniecznie lubi, ale co zrobić. Ciągle ma z nim do czynienia…

Gorzów żużel kocha. Podobnie zresztą było wczoraj, kiedy kto mógł poleciał na stadion, a kto nie mógł, to siedział w domu i kciuki mocno trzymał. Było mocno zajmująco. Ja nawet w pewnym momencie pomyślałam sobie, że trudno, przegraliśmy. A to taki siurpryz… Taki świetny w drugiej części mecz. Ulica znów z lekka oszalał. Znaczy trochę kibiców oszalało.

Ale mnie tak najbardziej ujęła inna rzecz, rzecz, o której w kółko piszę. Sport to sport i tylko sport. To powinny być pozytywne emocje. Nawet jeśli się przegrywa. Dlatego z największą przyjemnością oglądałam potem króciutką rozmowę w studio meczowym z Krzysztofem Kasprzakiem i Januszem Kołodziejem. Było cywilizowanie, przyjacielsko z szacunkiem dla przeciwnika. I tak właśnie powinno być. To jest wzór. Zresztą podczas tego meczu nie było żadnych przepychanek w parkingu, żadnych negatywnych emocji, żadnego niczego, co mogłoby być naganne. Idiotką nie jestem i wiem, że sport to też ogromne pieniądze. Pieniądze, które wyzwalają właśnie te negatywne emocje. Każdy walczy o swoje. Ale teraz było bardzo fair w każdym aspekcie. O tym piszę zawsze w kontekście sportu.

Owszem wiem, że jeden mecz sprawy nie zmieni. Ale dobrze by było, żeby może jednak coś do w miarę pustych główek tak zwanych kiboli, bo kibice wiedzą o tym od zawsze, w końcu dotarło. Stali gratulacje, kibicom gratulacje, panu Bartkowi Zmarzlikowi osobne gratulacje.

I jeszcze jedno słówko w kwestii. Od lat powtarzam, że od komentatorów sportowych nie oczekuję barokowych określeń oraz emocji na wysokości Czomolungmy. Oczekuję relacji. Nie wątpliwych popisów wątpliwego oratorstwa, często zresztą bez sensu. A tak niestety za ostatni czas się dzieje w żużlu. Jak kto jest kibicem, sympatyzuje określonej drużynie, wybranemu zawodnikowi, to niech sobie kupi bilet na trybuny i tam wrzeszczy do maksa. Bo taki komentarz wart jest nawet nie czapki śliwek, a jedynie garści piachu…