W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Belii, Ludwika, Luizy , 25 sierpnia 2019

Miasto zapowiada, że będzie sadzić drzewka

2019-08-08

Zawsze zresztą tak robi, że sadzi na nowych, nowo-starych inwestycjach. I dobrze, że tak się dzieje, tylko potem potrzeba dużo starań, żeby te drzewka, te witki nie uschły, o co dziś nie jest trudno.

Nowe lipy i jarząby – cokolwiek to znaczy, bo ja się na zielsku nie wyznaję i nie wiem, czy to odporne na dzisiejszy klimat drzewka są, pojawią się przy Pomorskiej i Czartoryskiego. Tyle dobrze, bo zielska nigdy w żadnym mieście dość nie jest. Nie lubię i nie rozumiem wycinania starych już drzew, tych, co mają po kilkanaście, kilkadziesiąt lat kosztem jakiejś inwestycji. Uważam, że każdą można poprowadzić tak, aby oszczędzić drzewa. Ale widać inwestor i wykonawca myśli inaczej. Moim zdaniem to myślenie z poprzedniej epoki, ale nadal pokutuje.

Jak się już te nowe drzewka pojawią, to jednak trzeba o nie dbać. Jest kilka sprawdzonych sposób, w tym stałe podlewanie, ale jest i kilka nowatorskich, które widuję w różnych zakątkach, do których się wyprawiam. Najbardziej podobało mnie się, kiedy widziałam w Niemczech nowe drzewka, wśród starych dodam, które miały przyłączone takie ciekawe worki – tam się zbiera wilgoć i ta wilgoć nawilża drzewka. A przy okazji trawki, jakie tam zaczynają się pojawiać. O japońskich wynalazkach czy tych w Izraelu nie piszę, bo to w porównaniu do Miasta nad Trzema Rzekami kosmos i inna galaktyka jest. Ważne jest, żeby o te drzewka, te witki jednak dobrze zadbać. Dobrze, znaczy tak, żeby potem nie patrzeć na uschnięte kikutki. Bo takich w Mieście da się trochę pokazać. Mnie się zawsze mocno przykro robi, kiedy właśnie takie uschnięte widzę. Mam nadzieję, że tym razem tak nie będzie. Co się stanie, zobaczymy, choć jakoś mocno przekonana do pozytywnego końca nie jestem przekonana. Zobaczymy.

A teraz z drugiego kątka. Miasto za pomocą mediów nieopacznie poinformowało, że plac zabaw za FG, gdzie pracuję, będzie dostępny na początku tego tygodnia. Ludzieńki pomyśleli, że to wtorek może być, albo środa, i dawaj z dzieciakami na ten plac przybywać zaczęli. I co? I nic. Nadal zonk. Nadal plac zamknięty. Nadal od płota i kartki odbijają się miłośnicy huśtawek i zjeżdżalni. I co niektórzy przychodzą się informować do FG w tej sprawie. Bo miało być otwarte, a nie jest. Dlaczego nie jest? O co chodzi? No właśnie, też chciałabym w końcu wiedzieć, o co chodzi.

A skoro przy placach zabaw jestem, to przemili znajomi jakoś się mocno uaktywnili i co rusz informują, że wiele rzeczy nie trybi także na innych placach zabaw. No i jak bumerang wraca kwestia toalet publicznych. Tych właściwie nie ma nigdzie. Nie tylko na placach zabaw, ale w mieście. Też dobrze by było, żeby nad tą kwestią ważne czynniki miejskie się pochyliły. Bo można być perłą i brylantem turystycznym, ale jeśli nie ma toalety, to nawet Taj Mahal nie będzie ciekawym zabytkiem do zwiedzania. Nie ma toalety, jest płacz i zgrzytanie zębów. Oraz sikanie po krzakach – jeśli są, a jeśli nie ma, to po jakichś z lekka osłoniętych kątkach. Jak malusie dzieciątko, to nawet pod ławką. Mama wysadzi, dzieciak się nie wstydzi, bo za mały jest. Starsi poszukają sobie dogodnego dla nich miejsca. To jest olbrzymi problem. Bo nawet na wymarzonej i utworzonej ścieżce pieszo-spacerowej nad Dolną Kłodawką, bo tak to się nazywa, to jest problem. Trzeba na już o tym pomyśleć. Na już. Bo to naprawdę palący problem jest. Modelowym dla mnie przykładem rozwiązywania tych problemów jest Łotwa. Jak się łazi po Rydze, to tam co krok są takie toalety. Ryga, perełka turystyczna, przepiękna starówka, przepiękna dzielnica Art Deco (a mamy w mieście, mamy też taki kawałek) – nie dość, że informacje o zabytkach są, to co kawałek toalety miejskie. Te wyszukane, z bajerami za jakieś 50 eurocentów, te proste za darmo, ale są. O kraju moim najbardziej ukochanym, jeśli chodzi o Pribałtykę, czyli o Estonii, nie mówię. To już zupełnie inna kultura. Niemcy zresztą też. Dlatego z upartością osła będę powtarzać. Otwieramy nowe miejsca do publicznego użytku, to oprócz dobrych miejsc do zabawy, do wspólnego spędzania czasu w różny sposób, musi tam być też i dobra publiczna toaleta. Niech będzie to TOI TOI, ale w sezonie przynajmniej dwa razy dziennie wypróżniany i dwa razy dziennie myty. Innego wyjścia nie ma. Bo jak nie, to sikanie będzie się odbywać wszędzie. A tego nie życzę nikomu.