W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Klaudyny, Romana, Tomasza , 18 listopada 2019

I nie ma, i już zginęło, coś z pejzażu zginęło….

2019-08-14

Ostatecznie w niebyt poszło kino Muza, a dokładnie budynek po kinie. Szczęściem w Heliosie można sobie przypomnieć, jak Muza wyglądała.

No i został pusty plac. Na razie nie wiadomo, co tam będzie. Bo może market, bo może sklep jaki inny, a może jeszcze coś na kształt apartamentowców, bo jak wiadomo miasto nasze jest tak atrakcyjne, jak nie przymierzając Cannes i wszyscy drzwiami i oknami się tu pchają, żeby mieszkać. Takie piękne to miasto jest.

A serio, a serio, no cóż, durna ostatecznie nie jestem i rozumiem, że czas gna do przodu, coś się zmienia, wszystko się zmienia i dawne budynki użyteczności publicznej przestają pełnić swoje role, starzeją się i umierają. Budynki i owszem, ale są takie, które nigdy nie powinny popaść w ruinę, bo są znakami kultury. Takim było właśnie kino Muza. Szkoda, że nikomu nie przyszło do głowy, żeby założyć sensowny program dla tego miejsca. Tym bardziej, że był to ważny znak na coraz bardziej kurczącej się mapie kulturalnej miasta. Tam działał Dyskusyjny Klub Filmowy, tam pokazywano kontrowersyjne i zarazem ciekawe filmy. Szkoda, że zniknęło to miejsce. Mnie jest szczególnie żal, bo tam widziałam n ciekawych rzeczy. Poznałam n ciekawych ludzi.

Dobrze, że ZGM, a dokładnie ADM nr 5 zadba o pamięć, bo pojawi się mural na jednym z bloków na osiedlu Słonecznym odwołujący się do pamięci Muzy. Tyle dobrze.

A resztą, jakby się przyjrzeć mapie miasta i miejscom związanym z historią filmu, historią kiniarstwa w mieście, to tak naprawdę nie ma już nic. Bo budynek po Słońcu stale jest, ale mało komu się z kinem kojarzy. Nawet starzy gorzowianie już zwyczajnie zapominają, że tam było kino, do którego się z przyjemnością chodziło. Choć pod koniec świetności pachniało tam pleśnią, ale magia była. Sama tam kilka dziwnych przygód przeżyłam. Do najweselszej i najbardziej absurdalnej sytuacji zaliczam seans filmu Andrzeja Wajdy pod tytułem „Pan Tadeusz”. Na widowni bowiem siedział ówczesny wojewoda lubuski Jan Majchrowski ze swoją żoną Fatihą (przepiękna kobieta zresztą). Pani Fatiha, urodzona w Maroku, słabo wówczas znała polski i wojewoda jej tłumaczył a wista listę dialogową. Płynęła z ekranu XIX-wieczna polszczyzna, podawana jak Bóg przykazał trzynastozgłoskowcem z wyraźną średniówką, a pan wojewoda tłumaczył. No i w pewnym momencie złapałam się na tym, że nie patrzę na ekran, tylko słucham, co tam się rząd za mną dzieje… Myślę, że pani Fatiha mało co zrozumiała, ludzie inni byli wygłupieni, a ja poszłam kolejny raz do kina, żeby w spokoju zobaczyć owo dzieło. I w taki oto sposób dosięgła mnie znów moja prywatna klątwa pod tytułem – nie trawię Mickiewicza. Może kiedyś o tym napiszę. Zrobię zbiór anegdot – Renata konta Wieszcz. Bo w kółko mnie się to wydarza.

Nie ma dziś także śladu po Koperniku. Poza oczywiście Heliosem, gdzie jest sala nazwana imieniem tego kina. I tu wszyscy zapiekli w miłości do miasta gorzowianie winni być wdzięczni pani Monice Kowalskiej, dyrektor Heliosa, która doprowadziła do remontu Heliosa właśnie tak, że kina gorzowskie są upamiętnione. Kopernik – swego czasu najnowocześniejsze kino, w którym pokazywano wielkie hity i gdzie się stało w ogonach wielkich po bilety na nie. Ale też kino, gdzie się odbywały Konfrontacje Filmowe i gdzie swego czasu gościła pani Agnieszka Holland. Tak, tak. Wielka polska reżyserka gościła swego czasu w Gorzowie. Jak i kilku wybitnych polskich krytyków filmowych także. Oj, ciekawe to były czasy. Kina nie ma, zamiast niego jest ugór udający skwer… No cóż.

Miasto się ciągle zmienia. Nie wiem, czy na dobre. Czas oczywiście pokaże.

Ps. Ciągle nie dostałam oficjalnej odpowiedzi z Urzędu Miasta, z biura szeryfa w sprawie zablokowania imprezy Motor Racing coś tam na nadwarciańskich błoniach. Wiem z doniesień medialnych oraz od zaprzyjaźnionych zawarciaków, że imprezy nie będzie. Pisałam zresztą o tym. Ale tak naprawdę to czekam na pismo, odpowiedź na moje dwa listy. Nie musi przyjść w kopercie ze znaczkiem i pieczęciami, może być mailem. Ale czekam. Tym bardziej czekam, że władza gada, iż wsłuchuje się w głos mieszkańców. A ja taką w końcu od 19 lat jestem. Zdaję sobie sprawę z tego, że kłopotliwą, bo mówię, co moim zdaniem jest niedobre. Ale nawet takie kłopotliwe persony mają prawo oczekiwać, że oficjalne pisma, opatrzone pieczęciami i całą urzędniczą parantelą będą traktowane poważnie. Tym bardziej, że występowałam jednak w kwestii publicznej. Zawarciański sprzeciw jest tego znakiem. Nikt nie lubi być lekceważony. Jak się w końcu doczekam odpowiedzi – bo może się doczekam, to przysięgam, zrobię głęboką analizę pisma. Od strony merytorycznej, logicznej, ortograficznej. Bo myślę, że to może być ciekawa polonistyczna przygoda….Każde pismo z urzędu gwarantuje bowiem fajną językową zabawę. O logice i merytoryce nie mówię.