W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Eustachego, Faustyny, Renaty , 20 września 2019

Będzie nowy szlak turystyczny

2019-08-15

To jedna z najlepszych informacji dnia. Będzie kwalifikowany szlak turystyczny po Santockim Zakolu. Trzeba tylko trzymać kciuki, żeby ludzie jednak tego skrawka piękna nie zdewastowali.

Wczoraj różne organizacje podpisały porozumienie o utworzeniu nowego szlaku turystycznego. To Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, gminy Deszczno, Santok, powiat i Oddział PTTK Ziemi Gorzowskiej. I super. W tym porozumieniu najważniejszy jest RDOŚ, bo to właśnie ta dyrekcja odpowiada za rezerwaty, a Santockie Zakole takim jest. A jak znam tę dyrekcję, to dość niechętnie się zgadzała do tej pory, aby ludzieńki wszelakie łaziły po rezerwatach, czemu ja się zupełnie nie dziwię.

Znam to miejsce, wiele razy tam się plątałam. Gapiłam się na dęby, na Warcię naszą kochaną. Nawet na dziki i jakieś inne zwierzaki, bo tam się je spotyka, też. Teraz powstanie kwalifikowany szlak turystyczny, co oznacza ni mniej, ni więcej, a wyznakowane drogi do pieszych, ale i rowerowych łazęg. Oczywiście szlak wyznakuje Oddział PTTK Ziemi Gorzowskiej, bo ma do tego kwalifikacje oraz zwyczajnie czuje temat. No kto, jak kto, ale Zbyszek Rudziński z tego oddziału PTTK jest znakomitym znawcą różnych ciekawych zakątków w Lubuskiem, ale i nie tylko. Szlak ma zostać wyznakowany do kwietnia przyszłego roku, czyli już w nowym sezonie będzie dostępny.

Ja zawsze w takich przypadkach mam tylko jedno pragnienie. Żeby przyszli użytkownicy, turyści, rowerzyści oraz różni consortes jednak tego miejsca nie zniszczyli. Prawdziwe trampy, wygi szlaków pieszych i rowerowych na pewno tego nie zrobią. Skąd o tym wiem? Ano stąd, że sama takim wygą z kilkoma tysiącami kilometrów w nogach jestem. Nie raz, nie dwa zdarzało mnie się ze szlaku znosić śmieci zostawione przez innych. Mało tego, potrafię podnieść śmieć w mieście. I mało mnie obchodzi, że inni patrzą na mnie jak na raroga. Ta konieczność dbania o środowisko urodziła się u mnie spontanicznie, sto lat temu w Tatrach, kiedy urządziłam karczemną awanturę w Dolinie Kościeliskiej pewnej mamusi z „uroczym” chłopczykiem śmieciarzem. Ja się darłam, mamusia chłopczyka się darła. Szczęściem pojawili się chłopaki ze Służby Ochrony Parku, bo pewnie dałabym mamusi uroczego chłopczyka ostatecznie w gębę. Mnie usadzili na kamieniu i kazali się zamknąć, a paniusi wlepili mandat za zaśmiecanie. Potem pół nocy w zaprzyjaźnionej kolibie się śmiali, że moje wrzaski słychać było chyba nawet w okolicach Krywania (dla niezorientowanych – wiele kilometrów na wschód od Kościeliskiej). Dużo wody upłynęło od tamtego czasu, ale konieczność dbania mi została. I dziś raczej ironią, żartem czy pogodnym słowem, ostatecznie szyderą walczę o to, aniżeli wrzaskami. Inna rzecz, że z wiekiem zdolność wrzasku się cofa. Co trochę jednak szkoda.

A wracając do Santockiego. Szczęściem akurat ten zakątek nie jest tak absolutnie łatwo dostępny, jak Kościeliska. Trzeba być faktycznym trampem, wygą pieszym czy rowerowym, żeby tam się dostać. Jest jeden sposób – wygodny i całkiem, całkiem przyjemny, ale nie podpowiem jaki.

W każdym razie szlak powstanie, dobrze by też było, żeby była pewna kasa, aby zadbać o jego konserwację. Bo jednorazowe wyznakowanie sprawy nie załatwi. Dobrym wzorem tu jest Sulęcin i szlaki na terenie tej gminy. Ktoś tam jednak o nie dba. Ja tam już chodzę bez oglądania się na znaki szlakowe, ale znam takich, którzy trafiają do Lubniewic, Żubrowa czy gdzieś w okolicy i idą oglądać piękności przyrody. Bo ktoś im o nich opowiedział. Potem trafiają w założone wcześniej miejsce. I ręce składają w podzięce, bo dobry, dobrze wyznakowany szlak ich tam doprowadził. Dlatego też i o tym aspekcie trzeba pamiętać. Ale jestem dobrej myśli.

A teraz z drugiego kątka. Dziś święto narodowe, znaczy rocznica Bitwy Warszawskiej. Ktoś będzie się gapił na wielką defiladę śmiercionośnego złomu, tym razem w Katowicach, czego kompletnie nie rozumiem, ale to inna inszość. Natomiast ja mam dwa sposoby świętowania takich dni. Jeden – na szlaku, z plecakiem, kanapkami i czymś jeszcze w plecaku. Drugi – na dobrym koncercie. Ten pierwszy akurat odpada. Tym razem z przyczyn zawodowych, bo pracuję w FG przy koncertach dwóch Muzyki w Raju, która do Filharmonii zjechała. Połączę więc pracę i wielką przyjemność, jaką dla mnie jest słuchanie muzyki. Najpierw się nalatam, potem usiądę w ciemnym kątku i …. oj, oj, będzie pięknie. Jak zwykle zresztą, kiedy gra Muzyka w Raju. Jakie to szczęście, że Muzyka zagościła u nas. Potem znów będę nagabywać znajomych – jedziecie?, a znajdzie się miejsce? Bo do Raju, czyli Paradyża człowiek niezmotoryzowany może i się dostanie jakoś. Ale po koncercie, po trzech po prawdzie, to już nie ma jak wrócić. Jak przemili jadą auteczkami, to czasami uda się zmieścić taką Renatkę. Jak nie, zostaje niezwodny Program Drugi Polskiego Radia. Jeszcze…

Ps. A kto nie był wczoraj w FG, a mówi, że lubi muzykę, i miał czas, to niech żałuje. Naprawdę niech żałuje. Bo to był pierwszy wieczór Muzyki w Raju…. No ja w każdym razie na chwilę byłam w Raju. Dziś druga odsłona. Orkiestra Core ale i coś więcej… Bilety są.