W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Eustachego, Faustyny, Renaty , 20 września 2019

Nie uwierzyłam, że to się może stać

2019-08-30

Szłam sobie i nagle zonk, nie ma. Nie ma. Paskudne kasty sygnowane przez Polski Czerwony Krzyż zniknęły z pięknego skwerku nad Kłodawką.

Nie wiem, kto do tego doprowadził. Nie kwestia. Najważniejsze, że paskudztwa zniknęły znad Kłodawki. No i przy okazji zniknęły te zwały szmat, które tam się ciągle poniewierały. Być może ktoś doszedł do rozsądnego wniosku, że z tych puszek żadna korzyść, bo to, co tam trafia, na pewno nie nadaje się do dania komuś innemu. Na pewno nie nadaje się do ponownego noszenia. Nadaje się jedynie na szmaty. A same pojemnik zwyczajnie straszyły.

No i nie ma. Nareszcie. Mam nadzieję, że to ostateczna decyzja i te straszaki się znów nie pojawią. Zresztą nie tylko ja byłam zadowolona. Spotkałam przemiłą znajomą, która też tam stała i też nadziwić się nie mogła, że już nie ma tych straszydełek.

Od razu też powiem otwartym tekstem, że nie mam nic przeciwko pomocy ludziom w potrzebie, więcej, jestem w stanie się dzielić. I kiedy musiałam się wyzbyć ubrań, których już nigdy bym nie założyła, to je spakowałam i zaniosłem do siedziby Polskiego Czerwonego Krzyża przy ul. Chrobrego. Jakoś mam więcej zaufania do instytucji, aniżeli blaszanego pudła, na które pada deszcz a chuliganeria wrzuca tam co bądź. W każdym razie, szpetota zniknęła, i to jest dobre. Może za jakiś czas uda się gdzieś upchnąć pojemniki na śmieci a magistrat zamiast budować kolejne nikomu nie potrzebne ścieżki i chodniczki zadba o to miejsce. Bo ładniejszego w centrum po prostu nie ma.

A teraz z innego kątka. Przeczytałam w mediach społecznościowych, że chuligani znów ruszyli do ataku i znów niszczą wiaty przystankowe. No cóż, a czego się po tych ludziach spodziewać? Szacunku do wspólnego? Zadbania o wspólne? Przecież najprościej jest się napić taniego badziewia i zakozaczyć – a to zniszczyć wiatę, a to popaciać po murach, a to zniszczyć skrzynkę energetyczną. Bo i po co ma być ładnie?

Gorzów to stan umysłu, nie najwyższego zresztą lotu, co zrobić.