W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Jagienki, Kamili, Korneliusza , 16 września 2019

I znów jak bumerang wraca kwestia śmieci…

2019-09-09

Tym razem znów wraca kwestia śmieci porzucanych i podrzucanych. A wydawało się, że już  z tym powinien być spokój.

Siedziałam sobie u rodziców. Jak zwykle był to niezwykle pracowity weekend. Z różnych przyczyn. Między innymi z tych, że trzeba było wory z posegregowanymi odpadami deczko przemieścić. Mama moja skrupulatnie je segreguje, trzeba się było dostosować. Innej drogi nie ma. I jak już potem usiadłam sobie w spokoju, z kawą, i zaczęłam przeglądać net, ze zdumieniem odkryłam, że kwestia śmieciowa nadal jest pilna i trudna do opanowania.

Przede wszystkim ze zdumieniem odkryłam, że znów właściciele wypasionych oraz mniej wypasionych willi podrzucają cały czas swoje odpadki do kubłów tych, co willi i mniej wypasionych domów nie mają, a swoje odpady wyrzucają właśnie do kast, do których dostęp jest cały czas otwarty. Otwarty, bo raczej nikomu normalnemu nie śni się, aby wory z własnymi śmieciami wieźć kilka, niech będzie dwa do trzech kilometrów wieźć gdzieś do miasta i tam podrzucać. Jak widać, co niektórym, bo nie wszystkim, jednak taki scenariusz odpowiada. Nie rozumiem i jakoś nic nie wskazuje, żebym takie działania zrozumiała. 20 złotych czy nawet 30 złotych miesięcznie za wywóz odpadków to aż taka duża suma, że warto wieźć śmieci do miasta i podrzucać komu bądź? Widać tak. A że wstyd, jak kto zobaczy? A jaki wstyd. Dziś nikt już nie rozumie słownikowego określenia wstyd. Wstydem już nawet nie jest kraść, choć godnie z naprawdę starym przysłowiem, właśnie tak jest.

I w kwestii śmieci ciąg dalszy. Stale ktoś wyrzuca swoje odpady w miejsca posprzątane przez turystyczną brać, w miejsca piękne. Czasem uda się namierzyć barbarzyńcę, który to zrobił, czasem nie. I tego jeszcze bardziej nie rozumiem. Jak można zawieźć odpadki budowlane, przemysłowe, komunalne, jakiekolwiek w miejsca, które służą rekreacji, odpoczynkowi, zachwytowi nad światem, który nas otacza. Tak mało ładnych rzeczy mamy wokół nas, tak bardzo o nie trzeba dbać. I wystarczy jeden głupek, żeby wysiłek wielu ludzi, wielu firm wspierających tych ludzi zamienić w niwecz. Znam brać turystyczną, sama się do niej zaliczam. Jak idę po szlaku, to zbieram śmieci. Inni znów zakaszą rękawy. Posprzątają. Bo co mają robić? A potem znów jakiś szkodnik wywiezie swoje śmieci w piękne miejsce. Zohydzi, ale za to będzie miał klar na swoim trawniku. Powiem tak. Chciałabym, aby właśnie zebrać taki czy inny śmietnik i zawieźć pod dom takiego śmieciarza. Wyrzucić ten chłam pod bramą i stanąć z kamerą. Byłoby co oglądać. Oczywiście się nie uda. Choć kto wie, może kiedyś jednak.

A teraz z drugiego kątka. Szłam wieczorem obok pomnika Adama Mickiewicza. Nadal oświetlony, ale chyba to ostatnie chwileczki, kiedy można było Adasia, jak gorzowianie jeszcze ten pomnik nazywają, zobaczyć w kanonicznym miejscu. Tuż obok bowiem piętrzą się jakieś graty budowlane, jakieś rury, jakieś Bogi wiedzą co jeszcze. Myślę, że lada chwilka zacznie się przenoszenie Adasia pod ogon Kasztanki. Stanęłam sobie na chwilkę, żeby na ten pierwszy polski w świeżo polskim Gorzowie pomnik popatrzeć i zwyczajnie mnie się przykro zrobiło. Śmiałam się wiele razy z niego. A że niekształtny, bo niekształtny, a że jednak pasuje do świeżego Gorzowa jak pięść do nosa, i tu zweryfikowałam swego czasu sądy, a że wiecznie obsrany, bo gołębie lubią na niego kakać (czasem I LO robiło akcję mycia Adasia – była fajna jazda). Ale jednak przez te pół wieku pomnik Adama Mickiewicza, kompletnie przeze mnie nielubianego poety, jednak wrósł w miasto. Stał się jego znakiem. Szkoda, że ktoś jednak nie docenił tego znaku. Szkoda bardzo, że będzie Adasia pod ogon Dziadkowej Kasztanki przesuwał. Nie robi się takich rzeczy. My, regionaliści, oraz starzy mieszkańcy protestowali. Kolejny raz nikt nas nie posłuchał. Tym, co Adasia przesuwać będą, życzę powodzenia, bo bez tego może się nie udać. Mało kto bowiem wie, że te pomniki budowane w latach 50. minionego wieku wcale takie spiżowe nie są. Więcej, kruche są bardzo. Z nimi trzeba bardzo ostrożnie. Adaś w proteście własnym przed zmianą miejscówki może w nieoczekiwany sposób zaprotestować. Nie będę Pytią, nie będę wieszczyć, ale co władza zrobi, jak ruszy pomnik, a on się widowiskowo na kawałki rozpadnie, co, biorąc pod uwagę technologię tworzenia, wcale takie niemożliwe nie jest? Oczywiście tego władzy i sobie nie życzę, ale kto wie?

Ps. Dziś dziewiąty dzień dziewiątego miesiąca w roku, który ma dziewiątkę w dacie. Dla mnie, starej harcerki, taki dzień, kiedy myślę o mojej drodze w harcerstwie. Przeszłam wszystkie szczeble, od zucha, przez szarusią harcereczkę, do tego, że byłam członkinią najważniejszej swego czasu drużyny harcerskiej w moim życiu. Mieliśmy dziewiątkę w nazwie. Do dziś dziewiątka to ważna dla mnie cyfra. Dziś ludzie z mojej drużyny robią różne rzeczy, spełniają się w różnych rolach, ale jak przychodzi taka kumulacja dziewiątek, to każdy z nas wraca myślą to tego czasu – formacji. Bo formacją do życia była właśnie dziewiątka. Nie kłam, pomagaj, podaj rękę, idź dalej, obejrzyj się za siebie, dbaj o przyrodę, daj Baszy wodę, nie oszukuj, weź więcej sznurka, bo może się komuś przydać, naucz się po angielsku, bo jak pojedziemy do Pragi, to się przyda. To takie przyziemne sprawy, na których zbudowałam sobie życie. Bo bez przyziemnych spraw, bez drobiazgów nie ma niczego.