W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Almy, Cezarego, Jarosława , 25 lutego 2020

Renetki na gorzowskim rynku

2019-09-19

Dorodne jasnożółte, kwaskowate jabłka można kupić na gorzowskim rynku. Po latach gadania o kultowej renecie landsberskiej znów ona fizycznie jest.

Pamiętam, że jak tylko zaczęłam pomieszkiwać w Mieście i się nim interesować, to się na starcie dość potężnie zbłaźniłam, kiedy mowa o renecie landsberskiej się zaczęła. Przekonywałam, że na pewno chodzi o szarą, którą do dziś bardzo lubię, choć w stanie surowym jej jeść nie mogę, albo też o złotą… Ale landsberska, taż to nie może być. Nie ma takiego owocu. Kilku poważnych regionalistów z pobłażaniem wówczas potraktowało moje bredzenie, za co do dziś jestem im wdzięczna. Nawet przyjaciel Darek powtarzał, że gadam głupstwa. No cóż, bywa. Dobrze, że opamiętanie przyszło.

Upłynęło trochę wody w rzekach trzech i w końcu odkryłam, a właściwie mózg mój przyjął do wiadomości, że renetka takowa jest. Potem oglądałam wysiłki różnych ludzi w mieście, aby tę jabłoń, starą, przywrócić do miasta. Kibicowałam im mocno, bo przecież trzeba dbać o ślady pamięci, różne, w tym i takie. A kiedy zamieszkałam w końcu w Mieście, na Nowym Mieście dodam, to tym bardziej renetce kibicowałam. Bo blisko mnie ona się rodziła. I w końcu po latach, po wielu próbach, jest. Każdy może sobie ją kupić. Może sobie upiec szarlotkę – moje ulubione ciasto – i cieszyć się wyrafinowanym smakiem.

Tylko gratulować tym, którzy naprawdę dużo serca, energii, ale i pieniędzy dołożyli, aby wymierający gatunek do życia przywrócić. Wiem też, że dbanie o takie stare gatunki drzew owocowych wymaga wielu starań. Wiem od tych, którzy się na tym znają, bo ja tylko wiem, że coś rośnie i trzeba to podlewać. A tu jednak nie wystarczy tylko podlewać.

Tak to bowiem ze szlachtą wszelaką jest. Trzeba o nią dbać, chuchać i dmuchać, stwarzać dobre warunki a owoce, nota bene, przyjdą. No i przyszły.

Dobrze by było, aby miasto, zamiast angażować urzędników do durnych wygłupów typu trzech Bobów Budowniczych i paciania po murach wymyśliło malusią akcję promującą renetę właśnie – taki mini festiwal na ciasto z jabłkami, na deser z jabłkami, na napitek z tych jabłek. I dodam, że absolutnie to nie jest mój pomysł, a pewnego księdza Rafała ze znakomitej książki „Ksiądz Rafał” pana Macieja Grabskiego. I tylko nie pamiętam, czy to było w pierwszej książce, czy też w drugiej z tej trylogii. Oni tam zrobili akcję i kiermasz wypieków z jabłek i cała społeczność wzięła udział. Myślę sobie, że jakby taką niewielką akcję promocji miasta przez renetkę zrobić, to nagle by się okazało, że mieszka tu n uzdolnionych gospodyń, które na co dzień są nauczycielkami, bibliotekarkami, urzędniczkami, sędziami, paniami, które sprzątają, nic nie robią, jakkolwiek, to też by zatrybiło. Jakby do tego Muzeum Lubuskie z panią doktor dyrektor na czele zaprosić do współorganizacji, to naprawdę mogłoby być coś ciekawego. Jak ta akcja u księdza Rafała poszła, odsyłam do lektury, która i tak bez tych jabłek i ciast jest przednia.

Mamy w mieście znakomitych kucharzy i ludzi, którzy się na sztuce cuisine znają. Mogli by być sędziami w sprawie. Ale też jest sporo łasuchów, którzy przyszliby, żeby zobaczyć, co to gorzowianki z renetki potrafiły wyczarować. A myślę, że mogłyby, oj mogłyby….

Taka oto promocja miasta i znaków kulturowych wiążących się nierozerwalnie z miastem w bardzo prosty, a przy okazji smakowity sposób mogłaby się udać. A jakby jeszcze rozszerzyć o śliwki i inne owoce też uprawiane przez radcę Theodora Heinricha Otto Burchardta i przez niego hodowane, to już mamy mały, własny festiwal smaków. Ja chcę, bardzo mocno… Jeść nie mogę, ale choćbym sobie połaziła, powąchała, pofotografowała….

Ps. Dziś mija cztery lata od chwili, kiedy Bartek Zmarzlik, ups, dziś już pan Bartosz, jako pierwszy gorzowianin został mistrzem świata juniorów na żużlu. Niezbyt okrągła rocznica, ale w świetle tego, że może za chwilkę się zdarzyć, że pan Bartek, jak o nim wszyscy mówimy, zostanie indywidualnym mistrzem lub nawet wicemistrzem świata na żużlu, to warto ten tytuł przypomnieć. Bo nic się w sporcie nie dzieje ot tak, mimo by. Trzeba się napracować, napocić, nagłówkować, nakosztować. Znawcy mówią, że pan Bartek jeździ jak jego mentor, Tomasz Gollob. Trzymam kciuki za pudło z jedynką. Jak będzie z dwa lub trzy, to też będę gratulować i się cieszyć. Kinice znów oszaleją z radości. Myślę, że Gorzów też.

Ps. 2. Co za dziwna koincydencja liczb nam się dziś wydarza. 19 dzień dziewiątego miesiąca 19 roku w liczeniu 2000. Coś się chyba wydarzy. Na wszelki wypadek – unikamy wszystkiego, co pecha przynosi. I czekamy tylko na szczęście…