W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Hanny, Klementyny, Łukasza , 18 października 2019

Na grzyby, na grzyby, wszyscy na grzyby…

2019-09-30

Nie pamiętam takiego roku, jeśli chodzi o grzyby. Zbieram i jem je od dziecka smarkatego, ale czegoś takiego zwyczajnie nie pamiętam.

Media wszelakie dudnią – wysyp grzybów, jakiego jeszcze nie było. I to jest prawda. Jestem stara jak węgiel, ale czegoś takiego zwyczajnie nie pamiętam. Pojechałam ostatnio na grzyby, całkiem blisko miasta, dwa razy. Za pierwszym w dzień powszedni, po południu i zebrałam kosz ogromny. Mama nie chciała, bo jak się okazuje, sama sobie jeszcze większy kosz zebrała, to co było robić, trzeba było rękawy zakasać i dawaj czyścić i pichcić.

Oj, jak ja to lubię. Najpierw łazić po ostępach, e tam, po ostępach, po wysokim lesie, i co kawałeczek widzieć grzybka. Potem grzybek ląduje w koszyku, a potem w słoiku i chyba już jutro jeden otworzę, żeby sprawdzić.

Byłam ci ja i wczoraj. Mało tam ja. Pół miasta było. Z przemiłą przyjaciółką pojechałyśmy wcale niewczesną porą, bo jak przemiła stwierdziła – najwyżej połazimy po lesie, pooddychamy powietrzem, a jak co znajdziemy, to nasze. Pojechałyśmy. I po drodze widziałyśmy n samochodów, które parkowały przy lasach. I widziałyśmy też ludzi z wiadrami, koszami, czymkolwiek wypełnionymi grzybami. Przemiła powtórzyła mantrę – najwyżej pooddychamy powietrzem.

Weszłyśmy do lasu i okazało się, że choć późno w myśleniu grzybiarzy przyjechałyśmy, to jednak i dla nas las zadarzył. Co i chwilka natykałyśmy się na kolonie podgrzybków, co i rusz widziałyśmy grzyby, których nie zbieramy. Podobnie jak i inni. Po niedługiej chwili kosze były niemal pełne. Ale po tym lesie łazili też i inni grzybiarze. Dla każdego wystarczyło, ale myślę, że i po nas ktoś tam mógł pojechać i byłoby też co zbierać.

Mówiliśmy sobie dzień dobry ze spotykanymi w lesie grzybiarzami, pokazywaliśmy, co mamy w koszykach. Pojawili się nawet wybredni, którzy podgrzybków już nie zbierali, bo po inne przyszli.

A potem wracałyśmy do Miasta i co krok widziałyśmy grzybiarzy obciążonych wiadrami, koszami, czymkolwiek wypełnionymi runem – grzybami. Jechałyśmy do Miasta tak zwaną starą drogą, czyli przez wsie. I widziałyśmy na przystankach ludzi z grzybami czekających na miejski autobus, który dowiezie ich bezpiecznie do Miasta.

Nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego. Nigdy wcześniej nie dane mi było zbierać grzybów, jak rzodkiewki w ogrodzie mojej mamy.

Kiedy już sobie stałam we własnej kuchni i czyściłam to, co z lasu przyniosłam, przypomniały mnie się powidoki z dzieciństwa. Jedne są takie, że widzę autobus z ludźmi ze Śląska, którzy całą noc jechali, aby zbierać. Mój tata parę razy zbierał nawet takich nienawykłych do chodzenia po lesie grzybiarzy i naszym fiacikiem odwoził ich do Miasta na pociąg jakowyś, bo autokar już pojechał. Telepali się ci ludzie z koszami pełnymi czarnych łebków, jak nazywali podgrzybki i byli mimo wszystko szczęśliwi, że za godzin parę odpalą we własnych kuchniach płomyk i będzie pięknie. A drugi powidok jest taki, że wracam skądeści i jadę pociągiem do Krzyża. A tam, na pociąg w drugą stronę czeka tabun ludzi z… no oczywiście z grzybami w koszach. To było lata temu. Teraz powidoki się ziściły. Znów mamy nadurodzaj grzybów. Choć po prawdzie, nadurodzaj na grzyby nie istnieje. Tak więc po dwóch sezonach bez czarnych łebków, na grzyby. A jak kto lubi jeść i nie straszna mu praca przy czyszczeniu i wekowaniu, to nie ma innego wyboru. Do lasu…

I tylko dodam, ku powadze domu. Nasze województwo, najsłabiej zaludnione, najbardziej zalesione jest uznawane za centrum grzybowe. W tym roku się ta prawda potwierdziła. Na grzyby zatem…

A teraz z innego kątka będzie. Otóż całą sobotę spędziłam na zwiedzaniu Szczecina. Pierwszy raz tak naprawdę miałam okazję to robić. Zwiedzać. Ulubiony Klub Regionalistów o to zadbał. I powiem tak. Kocham Tallin. Kocham Japonię, bardzo. Kocham kątki różne w Niemczech. Kocham Portugalię, a teraz do miejsc, które są piękne i do których na pewno wrócę, zaliczam Szczecin. A jak dodam, że od pana Michała Rembasa dostałam, podobnie jak i pozostali regionaliści, jego książkę o Pomorzu, to już zwyczajnie nie zostaje mi nic innego, tylko znaleźć sobie dobry hostel i pojechać tam na dwa dni. Przejść się znów tymi ścieżkami. Czasami się okazuje, że to, co za miedzą, jest zachwycające… No cóż. Do tego trzeba dodać przepiękne wnętrza, do których turyści raczej nie zaglądają, cudna zupa grzybowa w modnej knajpie i za nieduży pieniądz… Do tego kolisty plac otoczony ślicznymi willami, do tego jeszcze kościół w stylu Bauhaus, do tego Cmentarz Centralny…. Oj, kolorowy zawrót głowy… Szczecin piękny jest i niech już tak zostanie. A kto ma wątpliwości – odsyłam do pana Michała Rembasa – tak, tak, z tej rodziny i do mojego tekstu, który się za czas jaki pojawi w zakładce Na Szlaku.