W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Amielii, Idalii, Leopolda , 15 listopada 2019

Na pewno dziś wszyscy o polityce, a ja jednak nie

2019-10-14

Siedziałam do późna w noc i oglądałam politykę. Ale nie zamierzam o niej pisać, bo już dość dawno temu uznałam, że polityka to coś okropnego.

Dziś 14 października, ważna dla mnie data z dwóch przyczyn. Święto środowiska nauczycielskiego, z którym miałam bliskie związki oraz tragiczna dla mnie data, bo 14 października dziesięć lat temu, coś około godziny 9.00 rano we własnym domu odszedł do lepszego świata mój przyjaciel, o którym nie potrafię zapomnieć.

Ale może od brzegu i do brzegu. Dziś Dzień Nauczyciela. Dzieciaki z wiechciami będą latać, o ile pójdą do szkoły. Wiechcie – różyczek, goździków i innych chaberdzi zielonych dostaną nauczyciele. Bo dzieciaki lubią, bo cenią, albo bo tak wypada.

Dziś w kraju naszym i mieście naszym zawód nauczyciela jest w lekkiej pogardzie. Bo ludzie ci musieli dołożyć dużo starań, aby się dobrze wykształcić, potem jeszcze jakieś podyplomy zrobić, potem jeszcze miliony kwitów wypełnić, aby jakaś komisyjka uznała, że osobnik zwany nauczycielem może uczyć dzieci. I taki osobnik idzie uczyć dzieci. Stara się, staje na rzęsach i uszach, i co? I zonk. Bo chce, bo się stara, a tu nie wychodzi. Nie dlatego, że nauczyciel niedouczony jest, albo wiedzy zwyczajnie nie ma. Zonk polega na tym, że chce, że się stara, za dużo chce. Bo chce, żeby dzieciaki umiały dużo. A tego chyba już dziś nikt nie chce.

Dlatego też, mimo tych dziwnych rzeczy, nauczycielom w dniu ich święta serdeczne gratulacje za to, że im się chce, że jednak uczą te dzieci, że jednak starają się przekonać wszystkich, że nauka, namysł, inteligencja, otwartość na myśl, otwartość na teksty zrozumiane ma sens. Za to, że stale maja na uwadze słowa Jana Zamoyskiego, wielkiego kanclerza koronnego i wielkiego hetmana koronnego, który w XVI wieku sformułował taką oto myśl: Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie. To ten Zamoyski, który wybudował Zamość. To ten Zamoyski, który stawiał pierwszeństwo księgi nad wszystko inne. Jeszcze raz szacunek wielki i wszystkiego naj na święto.

A teraz o drugim znaczeniu tego dnia dla mnie. Dziesięć lat temu około 9.00 rano we własnym domu, otulony kocem i w otoczeniu przyjaznych mu ludzi z tym łez padołem pożegnał się mój przyjaciel, Kazimierz Furman. Pamiętam ten dzień. Pamiętam dokładnie. Popłakałam się publiczne w ówczesnej redakcji, gdzie pracowałam. Stefan Cieśla, też przyjaciel, tłumaczył mi wówczas, że to kolejność losu. Fakt, kolejność, ale ja się z tym, że Furman odszedł, nie pogodziłam do dziś. Miał tylko 60 lat. Kiedy razem przesiadywaliśmy w Lamusie albo w Filarach, a on gadał, że już czas, ja się denerwowałam i to mocno. Łaziłam do szpitala, choć On akurat szpitali nienawidził. Drażniło mnie, że On tak spokojnie o nieuchronnym mówi.

Odszedł tak, jak chciał, we własnym domu. Zostawił bardzo dużo w sensie spuścizny artystycznej, poetyckiej. Ale zostawił mnie. To już dziesięć lat. Ale jak ja bym chciała znów usłyszeć – Rencia, bzdury gadasz, ty się na literaturze g… znasz…, a na poezji, to już zwyczajnie nie. Albo – Rencia, ty tę lekką oglądasz, ale i tak wielu rzeczy nie pamiętasz, ja ci wyjaśnię… Albo – Rencia, ja tu gram w szachy… Ty się na tym nie rozumiesz zupełnie (fakt, się nie rozumiem zupełnie), za chwilkę, tylko dokończę, to idziemy. Albo – Rencia, (jesteśmy w Niemczech), ty wiesz, że ja nie rozumiem, o czym oni gadają, ty się wysil i zapytaj, o co im chodzi (ja nie mówię po niemiecku). Albo ostatecznie – Rencia, idźmy sobie już stąd, bo tu pitolą jakąś muzę, a do jazzu ma to się nijak. Szliśmy sobie wówczas – ja do mojego domu, Kazimierz do własnego, po drodze nam było. Ja się tylko modliłam, żeby Prezes się nie obraził, bo muza dobra była. Prezes szczęściem się nie obrażał. Nigdy na Niego, choć On potrafił być irytujący.

Nigdy nie zapomnę kilku wyjazdów do Zielonej Góry, kilku wizyt poetów z Zielonej u nas. Kazimierz zawsze dostarczał nam, mnie, różnych atrakcji. Czasami się irytowałam. Wiele razy się śmiałam.

Minęło dziesięć lat. Nie pogodziłam się z tą śmiercią. Z tym odejściem. Zawsze w Jazz siadam tak, żeby widzieć zdjęcie, na którym On jest. I nie, nie kochałam Kazimierza Furmana w taki sposób, w jaki się zwykle myśli o relacji kobieta-mężczyzna. Kochałam go i kocham w taki sposób, w jaki kocha się przyjaciela. Osobę, która cię rozumie, z którą lubi się siedzieć gdzieś tam, z którym lubi się rozmawiać, który cię rozumie, choć czasami gadasz bzdury.

Od dziesięciu lat bywam na cmentarzu przy Żwirowej. Kupuję czerwoną, choć On akurat wolał białe, różyczkę oraz zniczka niewielkiego. Idę tam i zapalam. I za każdym razem mówię – jak mogłeś tak zrobić, że tak szybko ciebie nie ma. Jak mogłeś tak szybko odejść… Nigdy ci tego nie wybaczę. Zostawiłeś mnie, i kto mi teraz poezję oraz lekką będzie tłumaczył? No jak?

Dziesięć lat, a jakby dzień… Nie pogodziłam się z tą śmiercią. I raczej nigdy się nie pogodzę.