W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Janusza, Marii, Reginy , 21 listopada 2019

I znów zaczyna się bajka, miejski sylwester

2019-11-08

No tak. O tym, że nie lubię akurat takich atrakcji, nikogo przekonywać nie muszę. Nie lubię, nigdy nie lubiłam, choć się mocarnie na sylwestrach miejskich napracowałam. Nie lubię i już.

Ośrodek Sportu i Rekreacji poinformował miasto i świat, że ma chyba trochę dość organizacji miejskiego sylwestra pod chmurką, znaczy na wolnym powietrzu, i ja przyznam, że bardzo dokładnie to rozumiem. I choć od pewnej imprezy czołgowej winnam być w sporze z OSiR właśnie, to tym razem zawieszam strzelbę na kołku i powtarzam – rozumiem. Rozumiem bardzo. Przez wiele lat pracowałam na miejskich sylwestrach na wolnym powietrzu i zawsze to była dla mnie maksymalna zmora. Nienawidzę chamskich zachowań, nienawidzę plugawego języka, nie cierpię wszystkiego, co wiąże się z sylwestrami pod chmurką. A najbardziej nienawidzę fajerwerków zimowych. Zresztą każdych fajerwerków. Bo moim zdaniem, każdy pieniądz wydany na fajerwerki jest pieniądzem straconym. Lepiej wydać ten grosz na kulturę. Na dobre rzeczy, które w Mieście się dzieją. Na kluby, na CKM, na Magnetoffon, na Filharmonię, na bibliotekę, na teatr, na MCK, na UTW, na muzeum, na GTF, na wszystko, tylko nie na wysyłanie dużych pieniędzy w kosmos. Dlaczego piszę dużych? Bo każda złotówka wysłana w kosmos na ognie sztuczne jest ostatecznie stracona. Można zwyczajnie ją, tę złotówkę, lepiej wydać.

Dlatego tym wszystkim, którzy zastanawiają się nad miejskim sylwestrem chciałabym jedno powiedzieć. Jak już ma ta impreza być, to niech będzie, ale może bez rozmachu barokowego. Może ciszej, może bez durnych rozbłysków. Rozumiem, że OSiR ma dość. Pewnie organizacja ostatecznie spadnie na Hankę i ludzi z MCK. Nie zazdroszczę… Ale jak znam ludzi z MCK, Hanię, Rafała, to wierzę, że coś super, coś ekstra wymyślą. I będziemy stać na bulwarach (oj, oby w końcu ożyły) i będziemy się gapić w niemym zachwyceniu, że przecież można i piękne to jest. I nie będzie wrzasku, nie będzie hałasu, a wszyscy będą zachwyceni.

I dla porządku domu dodam, że ja tym razem tam na bulwarach stać nie będę, bo obowiązki zawodowe moje powodują, że w FG będę. Ale oczywiście, bardzo wnikliwie będę się przyglądać. Trochę czasu do sylwestra zostało. Będę wszystkim organizatorom bardzo wdzięczna, jeśli wymyślą imprezę bez fajerwerków. Lasery ludzie jakiś czas temu wymyślili… Co się urodzi? Zobaczymy.

A teraz z innego kątka. Jakiś czas temu pojechałam sobie do Drezdenka. Dzięki uprzejmości wielu ludzi dane mi było uczestniczyć w spotkaniach myśliwych i leśników z kraju naszego oraz sąsiadów z zachodniej granicy. To było ze wszech miar ciekawe przeżycie. Ale jedną z najważniejszych chwil była taka…. Chcę mieć szmaciankę, torbę ze lnu, albo innego roślinnego czegoś, co to wszyscy, którzy dzień wcześniej przyjechali na ten konwentykiel, dostali. Marudziłam, marudziłam, mędziłam, nękałam zaprzyjaźnioną dyrekcję Muzeum Drezdeneckiego, gaduliłam tak długo, że aż w końcu zaprzyjaźniona dyrekcja torbę – szmaciankę wydobyła i dała. Mnie dała. A dlaczego tak bardzo tę torbę chciałam mieć? Bo właśnie ta torba ozdobiona była prześlicznym wizerunkiem kawałka Drezdenka autorstwa ni mniej, ni więcej, a autorstwa pana Romana Picińskiego. Mam. Gapię się na nią, i tak sobie myślę, że miasto nasze nad trzema rzekami leżące absolutnie nie wie, co ma w owym mieście. Nie wie, że ma mistrza. Gapię się na tę torbę i żal mi jej zwyczajnie używać. Bo się zniszczy. Bo znów będę się gapiła na prace pana Romana Picińskiego gdzieś tam na jakichś wydrukach. Mamy taki czas, że modne się staje odwołanie do przeszłości. Modne jest. W sferze słowa i historii mamy kilku mistrzów. W sferze wizerunku – miejskiego i ciekawego mamy jednego. I wcale go nie cenimy. A chyba pora przyszła. Pan Roman Piciński znany jest z tego, że absolutnie nie celebruje swojej osoby.

No więc OK, ja zacznę. Dla mnie pan Roman Piciński jest bardzo ważnym i niezwykle ciekawym artystą, Jest mistrzem, jest twórczą osobą, która odżegnuje się od tytułu mistrz. Praca moja w FG nauczyła mnie jednego. Im większy artysta, tym większa skromność. Naprawdę tak jest. Dlatego WIELKIMI LTERAMI MOWIĘ, PAN ROMAN PICIŃSKI WIELKIM ARTYSTĄ JEST. Wielkim i szkoda, że w Magistracie o nim nie wiedzą.

Ps. Bo muszę. 6 listopada mignęło. Zapomniałam napisać o poruczniku Hansie Hermanie von Kattem. Tym razem nie pojechałam do Kostrzyna, żeby się z duchem tego dziwnego jednak człowieka spotkać. A powinnam, jako ta, która jest zauroczona FIIW de domo Hohenzollern, mało powiedziane, mam absolutnego fisia na jego punkcie. Fisia takiego, że nikt tego nie rozumie. No cóż.. Opustkę lada chwila nadrobię.  Jadę tam znów… Do Kostrzyna, do Berlina, do Poczdamu… Będę łazić po ścieżkach mi znanych. Będę chodzić po drogach kapryśnego władcy. Moje i jego ścieżki są zbieżne. Od kilku lat tak mam… Jego ścieżki są z moimi zbieżne… Ktoś nie rozumie? Trudno.

A tak przy okazji. 2150 złośliwców… Napisałam. Furda tam, napisałam. Każdy może. Ktoś przeczytał, państwo przeczytali. Mojemu nadredaktorowi gratulacje, bo on to musiał przeczytać. Od pierwszego, do teraz… Drodzy… ponad 2 tys. tekstów. Sama jestem zadziwiona…