W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Moje irytacje i fascynacje »
Delfiny, Marii, Wirginiusza , 8 grudnia 2019

Dziś Szczęsny czas, dziś wielkie święto

2019-11-11

Szczęsny, bo po 123 latach Polska, ten piękny wówczas kraj, odzyskała niepodległość. Znów znalazła się na mapie Europy i świata. Ale cały czas nie bardzo umiemy świętować tę radość.

Jest parę dat w historii kraju naszego, które są radosne i szczęsne. W tym dzień 11 Listopada. W 1918 roku, po 123 latach Polska odzyskała niepodległość. Do kraju dojechali ważni ludzie. Zaczęła się budowa niepodległej. My dziś świętujemy ten Szczęsny dzień. I trudno się dziwić, że to robimy. Tylko, jaka szkoda, jaka wielka szkoda, że nie pamiętamy, kto nam te 123 lata niewoli i upokorzeń oraz wszystkiego, co najgorsze, sprokurował. Niepopularne jest pamiętanie, że do takiego rozdania kart historii ręce swe dołożyła polska magnateria, polska szlachta i polski kler. Strasznym mnie się wydaje, że właśnie się nie pamięta momentu początku. Nie pamięta się momentu totalnego rozkładu państwa, państwa wówczas rozdzieranego przez prywatne koterie, prywatną politykę chciejstwa. Własnego chciejstwa.

Słaba, bardzo słaba Polska stała się taką, bo koterie polityczne, polityczne kunktatorstwo to sprawiło. Wielkie magnackie rody walczyły o swoje, a co wyszło, wiemy wszyscy. Król Fryderyk II Wielki, pan na Prusach, sprzymierzył się wówczas z Katarzyną II Wielką, o której w chwilach czułości mówił – ta szantrapa i której absolutnie nie cenił. Pierwszy, potem drugi, a w efekcie i trzeci rozbiór i po nas. Trochę mnie ten scenariusz pasuje do tego, co się dzieje dziś. Dziś nas nikt nie rozbierze, ale co się dalej wydarzy, tego nie wie nikt.

W każdym razie raźno powiewają biało-czerwone chorągiewki. Militarny sprzęt jest prezentowany wszem i wobec. Świętujemy niepodległość. Msza, parada, piknik militarny. Taka recepta. A jaka szkoda, że nikt nie myśli inaczej. Nie militarny złom, nie duma z daniny krwi, bo była potężna, a coś innego. Święto, radość, piknik z jabłkami, z preclami, oczywiście z pamięcią. Ale dziś żyjemy w innych czasach. Czas się otworzyć na nowe. Piknik państwowy z akcentem na to, co jest radosne.

Nam, na ziemiach zachodnich, trochę trudno tę niepodległość 1918 roku świętować. Przynajmniej mnie. Bo my tak naprawdę tu możemy świętować polskość od 1945 roku. I tego też nikt nie pamięta. Albo i nie chce. Historia, jej młyny, sprawiły, że my tu, na ziemiach zachodnich od miesięcy zimowo-wiosennych 1945 roku mieszkamy. To historia dała nam ten kawałek Ojczyzny. Lat trzeba było wielu, żeby stał się oswojony i nasz. Dlatego też dziwnym mnie się cały czas wydaje stawianie pomników i kamieni pamiątkowych, że my tu zawsze. No nie, my tu od kawałka czasu. Dobrze by było i o tym pamiętać.

A teraz z drugiego kątka. Urząd Marszałkowski przyznał zaszczytne tytuły Ludzi 30-Lecia Wolnej Polski właśnie z okazji tegoż święta. Zawsze, ZAWSZE powtarzałam, zawsze mówiłam, że wojenka gorzowsko-zielonogórska nie ma sensu. Powtarzałam i mówiłam, że to wymysł sprzed lat jest. Tłumaczyłam, że to jakieś durnowate zaszłości są, o których trzeba już zapomnieć. Zawsze walczyłam o to, aby nie postrzegać Winnego Grodu jako miasta opresyjnego wobec Miasta nad Trzema Rzekami. Oczywiście zadaję sobie sprawę z tego, że Winny jednak znalazł się na trochę wyższej półce rozwoju – w każdym sensie, ale jednak zawsze wierzyłam w parytet. Dobry parytet, dodam. Ale jednak piątek z Pankracym zakręcił się tak, że właśnie straciłam tę wiarę. Dlaczego? Ano prosto. Bo Urząd Marszałkowski tak a nie inaczej rozdał wawrzyny i bukiety dla Ludzi Wolności. Trafiły one tylko i wyłącznie, TYLKO I WYŁĄCZNIE w ręce ludzi z południa, w generalności tylko dla ludzi z Winnego Grodu. Tego zwyczajnie nie rozumiem. Żadna argumentacja mnie do takiego rozdania nie przekona. Przecież w Gorzowie mieszka choćby pan Stanisław Żytkowski – świetlana karta w dziejach walki o wolność, więzień sumienia, człowiek, który dla wolności zrobi wszystko. W Gorzowie mieszka pani Zofia Nowakowska, świetlana karta jeśli chodzi o myślenie o pionierach. W Gorzowie i okolicach mieszka jeszcze trochę takich ludzi – młodszych i też mocarnie zasłużonych – jak choćby prof. Dariusz Aleksander Rymar, jak choćby Grażyna Kostkiewicz-Górska, jak choćby Zbigniew Czarnuch, jak choćby Zbigniew Miler, jak choćby dr Krystyna Kamińska. To tylko przykłady znanych mi bardzo ludzi, którzy maks dużo dołożyli do tego, żeby to 30-lecie świętować. Dodam do tej lisy choćby redaktora Jerzego Zysnarskiego, dodam Roberta Piotrowskiego, dodam Grażynę Aloksę, dodam Zbigniewa Garczarka, dodam w końcu pana Zdzisława Linkowskiego, pana Władysława Chrostowskiego, dodam n twórców z północy. Nikt z nich nie zasłużył na bukiet i tytuł? Nikt? Naprawdę?

Powiem tak. Stałam zawsze na stanowisku, że gadanie, iż południe nami gardzi, to mit i przeszłość. Teraz jednak zaczynam, oj tam, zaczęłam myśleć, że tak to jest. Przykre to jest. Tylko zielonogórscy, tylko faceci, no cóż. Pani Marszałek może już teraz się czuć źle, kiedy do Miasta nad Trzema Rzekami zajedzie. Bo nie będzie sympatii. Nigdy nie było. Teraz straciła też i moją. Szczęściem ja nikt jestem, to i pani marszałek nie musi się martwić. Ale co z tymi innymi, którzy znów będą gadać – Zielonka tylko dla siebie ciągnie? Kto im będzie tłumaczył, że tak nie jest? Bo ja już ambasadorem nie będę…Z całym szacunkiem i sympatią dla przyjaciół i znajomych w Winnym. Ja już nie.